Między fangirlizmem a naukowością

Rozważania zwierza na temat przebiegu konferencji o kulturach fanowskich, w których zastanawia się, jako to jest badać naukowo coś, co się fangirluje kocha, zainspirowały mnie do rozmyślań. O tym, gdzie ja sama mieszczę się w spektrum pomiędzy tymi dwoma postawami, o ile w ogóle one mają jakieś spektrum i o ile muszą się wykluczać. Kwestię tę najłatwiej jest zaprezentować na przykładzie konferencji naukowych

Czasami trudno jest mówić o tym, co porusza do głębi albo jest uwielbiane. Widywałam już referaty świadczące o tym, że prelegentowi konferencja pomyliła się z konwentem – jedyna różnica nie może polegać na tym, że dają lepiej punktowane zaświadczenia. Odczuwanie silnych emocji (zazwyczaj pozytywnych) względem jakiegoś dzieła to za mało, aby zajmować się naukowo danym tematem. Aspekty wiedzy tajemnej, takie jak narzędzia badawcze, metodologia czy teoria (przyznaję, dla mnie samej czasem przypomina to czarną magię), są niezbędne, aby zrealizować coś ponad emocjonalne opowiedzenie fabuły oraz wytropienie nawiązań.

Z drugiej zaś strony – nie wyobrażam sobie zajmowania się czymś, co nie pasjonuje, nie sprawia dzikiej satysfakcji. W literoznawstwie i pokrewnych, nie pojmuję, jak można poświęcić kilka lat swojego życia jakiemuś autorowi, dziełu, zjawisku – i nie odczuwać z tego przyjemności intelektualnej (pomijając epizodyczne napady nienawiści, jakże często doświadczane). Ale gdzie zatem leży granica fanostwa, jaka jest zasada podziału na fandom i nie-fandom? Innymi słowy, czy nieokiełznana namiętność ku dziełom Słowackiego to także fangirlizm?

Prawdopodobnie istnieje milczące założenie, iż fanostwo tyczy się jedynie kultury popularnej. Ale znowuż pojawia się to samo pytanie: gdzie jest granica? Jakimi zasadami miałoby się rządzić zaliczanie czegoś do takiego czy innego rejestru popkulturowego? Współczesne formy istnienia kultury mnożą pytania, na które na razie nie znajduję odpowiedzi.

Przyjmijmy jednak, że naukowe zajmowanie się serialami z całą pewnością ma w sobie coś z fangirlizmu. Kiedy pierwszy raz referowałam na temat Doctora Who, spotkałam się z zarzutem „za dużo fangirlowania”. Przy dość luźnej formule konferencji to poważny zarzut. Zachowanie właściwej równowagi to zadanie karkołome: kusi szczegółowej opisanie całego uniwersum, kusi zaprezentowanie atrakcyjnych zdjęć wszystkich ulubionych postaci drugoplanowych, kusi wrzucenie jeszcze tylko jednego mema. Oczywiście, poza konferencją branżową nie możemy zakładać znajomości dzieła i jakieś wprowadzenie w temat musi mieć miejsce. Niemniej referat nie może mieć na celu zachęcenia kogokolwiek do zapoznania się z danym utworem (choć dokonanie tego jest niewątpliwym sukcesem!). Dobry referat musi przedstawiać jakieś założenia i realizować je za pomocą określonych narzędzi. Dobry referat to coś więcej niż przedstawienie fabuły oraz pokazanie absolutnie prześlicznych obrazków.

Mimo posiadania określonych zainteresowań badawczych, jakimi są reception studies, wciąż borykam się ze znalezieniem właściwej formuły prezentowania swoich badań. Takiej, która pozwoli zainteresować, ale z drugiej strony nie narazi się na zarzut niepoważności i nienaukowości. Nakłada się na to pewien zrozumiały opór środowisk naukowych przed uznaniem nowych mediów za równie wartościowy obiekt badań co dorobek literacki minionych epok. Tym jednak uważniej należy dobierać środki do mówienia i pisania o tym – aby nie ulegało wątpliwości, że i w fangirlowaniu jest metoda.

You may also like

  • Konferencja polonistyczna:
    Pani magister rzuca kilka slajdów z memami z internetu, do tego komentarz, że są takie śmieszne, bo hahaha i w ogóle to jest wielką fanką języka internetu. Heheszki.
    Kolejny referat, dwóch panów magistrów rzuca kilka slajdów z tekstami z drukowanych w początkach lat dziewięćdziesiątych zinów (choć faszyzujących, a nie fantastycznych), wszystkie treści potem klasyfikują, wtłaczają w tabelki i wyciągają wnioski.

    Konferencja klasycystyczna:
    Pani magister rzuca kilka slajdów z fragmentami z Gwiezdnych Wrót, heheszki, bo przecież główny bohater zna tyle antycznych języków, bo są takie różnorodne te przykłady z serialu i w ogóle to jest wielką fanką tej produkcji.
    Panel czy dwa później pani doktor rzuca kilka slajdów z łacińskimi nazwami grup heavymetalowych, wszystkie treści potem klasyfikuje, wtłacza w tabelki i wyciąga wnioski.

    Między naukowością a zajawką (wolę użyć tego terminu, bo odnosi się nie tylko do fangirlizmu, ale i w ogóle głębszego siedzenia w danym temacie) jest taka różnica, że w tej pierwszej trzeba wyciągnąć wnioski i podejść do tematu na chłodno (w czym pomagają ścisłe klasyfikacje, tabelki itp.), w drugim wystarczą heheszki. Mi, jako człowiekowi prostemu, wyraźniejszego rozgraniczenia nie potrzeba.

    Lubię heheszki, ale znacznie lepiej bawiłem się w przypadku referatów ściślejszych. Które, co chciałbym podkreślić dopiero teraz, heheszków pozbawione nie były – publiczność angażowała się i wyrażała znacznie większe zainteresowanie niż przy tych luźniejszych wystąpieniach.

  • Maciej Paprocki

    Po przeczytaniu wypowiedzi Michała przyszło mi do głowy, że naukowe badanie popkultury to jednak coś znacznie bardziej skomplikowanego, niż się na ogół przyjmuje. Czy samo rozbawienie publiki to już prezentacja naukowa? Czy wbicie wniosków tabelkę i klasyfikacje to już nauka? Sam borykam się z takimi rozważaniami od dawna, odpowiedzi póki co brak. Moja ulubiona kreskówka z dzieciństwa, a zresztą i do dzisiaj moje największe źródło inspiracji (Magiczny Autobus), nauczyła mnie jednego: praca naukowca polega na poszukiwaniu powiązań, dostrzeganiu wspólnoty miedzy rzeczami, których na pozór uprzednio nic nie łączyło. Ale samo dostrzeżenie powiązań, nazwanie ich, sklasyfikowanie i ujęcie w tabelki to chyba jeszcze za mało. Naukowe podejście wymaga postawienia tezy, czyli określenia, co z tego wynika, że pewne fakty są połączone – i jakie to ma znaczenie dla świata.

    Ten ostatni aspekt we współczesnej nauce jest szczególnie ważny – humanistyka, zepchnięta do defensywy przez nauki ścisłe, musiała szybko nauczyć się, jak się sprzedawać i jak reklamować i podkreślać, co tez dobrego mogą nauki humanistyczne przynieść społeczeństwu, kulturze, światu… Pęd ku komercjalizacji humanistyki często jej szkodzi, ale są i takie dziedziny – np. badania nad popkulturą – w których jest on pozytywnym ogranicznikiem fangirlowania i fanboyowania. Popkultura jest tworzona i ku chwale sztuki, i dla mamony. Zazwyczaj nie jest to sztuka dla sztuki. Badania nad popkulturą także nie powinny być zatem sztuką dla sztuki, ale powinny milcząco zakładać, że dzieła te były często tworzone z myślą o jakimś zysku – prestiżu, pieniądzach, sławie wśród innych twórców i fanów… Są to często dzieła społecznie zaangażowane, dzieła z pazurem, z misją, z nastawieniem,z ideologią… Głupota byłoby tego nie dostrzec, strata byłoby tego nie nazwać, szkodą byłoby tego nie podkreślić w badaniach naukowych. To, co jest esencja popkultury jest tez silnikiem napędowym badań nad nią. Nie musimy się wyłącznie zachwycać nad tym, CO i JAK – powinniśmy też pytać DLACZEGO, a silnie osadzona w kontekście kulturowym, intertekstualna popkultura sama skłania nas do rozmyślań, jakie to też znaczenie dla świata może mieć nas ukochany serial. Uwielbiamy go, jasne. Ale co z tego wynika? 😉

    • „Ale samo dostrzeżenie powiązań, nazwanie ich, sklasyfikowanie i ujęcie w tabelki to chyba jeszcze za mało. Naukowe podejście wymaga postawienia tezy, czyli określenia, co z tego wynika, że pewne fakty są połączone – i jakie to ma znaczenie dla świata.”
      Oczywiście. Ale tego drugiego nie da się zrobić bez tego pierwszego. Jest pewna kolejność badawcza, nie ryzykowałabym podawania od razu tez końcowych.

      „Nie musimy się wyłącznie zachwycać nad tym, CO i JAK – powinniśmy też pytać DLACZEGO”
      Brzmisz, jakbyś streszczał moje badania nad recepcją. Celowo? Opowiadałam Ci i tym/przeczytałeś u mnie, ale nie pamiętasz tego? Czy też wielkie umysły myślą podobnie? Jakkolwiek by nie było – w tę stronę chcę popchnąć swoją fangirlującą naukowość i o tym ma być ten blog.

      <3

  • Aninreh

    Za każdym razem, jak czytam o podobnych rozterkach, przypomina mi się tekst Jolie Jensen z 1992 roku (w razie czego, służę kopią ^-^), gdzie ta badaczka całkiem dosłownie wytknęła naukowcom, literaturoznawcom, pasjonującym się swoim przedmiotem badania, że zachowują się dokładnie tak samo jak fani. Ba! Potrafią się wdać w podobne do fanowskich spory, kłótnie i strzelać znane z fandomowego życia fochy. Co również przekłada się na to, jak sami występują na konferencjach.

    Pośród ludzi zajmujących się studiami fanowskimi coraz częściej podkreśla się wręcz konieczność bycia zaangażowanym w fandom, aby go w ogóle badać. Między innymi dlatego, że dzięki temu mamy dostęp (w teorii) do wszystkich aspektów fandomowych aktywności, mamy wreszcie wiedzę „od środka”, jesteśmy członkami grupy i przez to łatwiej też nam przeprowadzić badania. Dlatego właśnie przy wystąpieniach, a także w tekstach, zaleca się wyjście z fanowskiej szafy i określenie swojego stanowiska względem przedmiotu badania. Co nie równa się temu, że na konferencjach mamy zapomnieć, że to jest konferencja i wymaga ona zachowania pewnych naukowych ram wywodu etc.

    „Niemniej referat nie może mieć na celu zachęcenia kogokolwiek do zapoznania się z danym utworem (choć dokonanie tego jest niewątpliwym sukcesem!).” > Tu bym polemizowała. To znaczy – tak, to nie może być celem nadrzędnym referatu. Tak – nie możemy poświęcić całego wystąpienia zachwycaniu się w stylu „ale to jest takie cudowne, muuusicie obejrzeć!”, ponieważ to nie jest, jak pisałaś, konwent 😉 Ale w ciągu trwania całej prezentacji można nawiązać czy zachęcić do obejrzenia, ponieważ dany serial ma ciekawe wątki, które mogą innych badaczy zainteresować.

    Bycie aca-fanem jest ciężkie ;D

    • Dziękuję za wyczerpujący komentarz! Świetnie poczytać o doświadczeniach kogoś, kto tak samo, a może nawet jeszcze bardziej, przeżywa podobne rozterki. A po artykuł z całą pewnością się zgłoszę.

      Co do zachęcania – masz rację, mogłam to doprecyzować. Fangirlowanie nie moża być sednem, ale przekazanie części swojej pasji to w sumie fajne doświadczenie. Kiedyś w dyskusji po referacie pewna starsza pani profesor oświadczyła, że po wysłuchaniu mnie postanowiła obejrzeć „Doktora Who” – pełen sukces! 😀

      Fan studies (które jawią mi się jako szalenie ciekawe i chętnie się dokształcę) pewnie jeszcze bardziej borykają się z problemem wyważenia zaangażowania, niż reception studies. Ale ta pasja, zainteresowanie (czasem szaleństwo) przekłada się na drobiazgową znajomość danego dzieła czy zjawiska – a dzięki temu można „lepiej zbadać”. I jest większa przyjemność, niż z pracowania nad czymś, do czego nie ma się serca. Zachowanie harmonii jest ciężkie, ale satysfakcjonujące!

  • Pingback: Dalsze losy dalszych ciągów | Świeczek()