Nie mam się w co ubrać!


Galaktyka Gutenberga / sobota, Lipiec 18th, 2015

Sądziłam długo, że problem mnie nie dotyczy. Przecież całkiem nieźle panuję nad swoją szafą. Przecież nie mam aż tak dużo ubrań. Przecież nie chodzę zbyt często na zakupy odzieżowe, a jeśli już, to bardzo przemyślane. A jednak konieczność przeprowadzek oraz dramatyzm pakowania się zweryfikowały te założenia, zaś zamieszkanie w akademiku zmusiło do radzenia sobie z taką ilością rzeczy, która zmieści się na trzech małych półkach i siedmiu wieszakach.

Uzmysłowiłam sobie, że może i nie mam problemu z zakupami, za to nazbyt chętnie korzystam z wszelkich okazji, kiedy koleżanki rozdają niechciane ciuchy albo kiedy mam okazję podkraść coś mamie z szafy. Co prawda sama równię chętnie dzieliłam się nieużywanymi elementami odzieży – ale przywiązanie i poczucie „przydasia” było nieproporcjonalne względem wyzbywania się i sprawiało, że tych uznanych za „nieużywane” było naprawdę mało. Moja garderoba mnie przerosła, wykorzystując wszelkie możliwości i wszystkie moje słabe punkty.

Z kolei pobyt w akademiku wymusił wybranie minimalnej ilości ubrań – siłą rzeczy zatem ulubionych z takiej czy innej przyczyny. I stało się coś niezwykłego – niemal nie brakowało mi niczego, za to zazwyczaj wiedziałam, w co mogę i chcę się ubrać. Ograniczenie wyboru zwiększyło efektywność, a nadto otaczałam się samymi najmilszymi sukienkami, takimi, w których wyglądam i czuję się najlepiej – co nie mogło pozostać bez wpływu na moje samopoczucie. Było to jednak rozwiązanie tylko tymczasowe, trzeba było zmierzyć się z rzeczywistością i z faktyczną liczbą ubrań. Trzeba było jakoś rozwiązać ten problem. Miałam mglistą wizję selekcji, wyboru i rozdania większej części, nie do końca jednak wiedziałam, jak się za to zabrać.

I wtedy pojawiła się książka „Slow fashion. Modowa rewolucja” autorstwa Joanny Glogazy, znanej w sieci jako Styledigger. Jej blog jest jednym z moich ulubionych już od dawna, z przyjemnością śledziłam jej ewolucję od zwykłej (choć niezwykłej, bo bardzo inspirującej) szafiarki do osoby świadomej swojego stylu i panującej nad swoją szafą. Dlatego z radością wyczekiwałam jej poradnika – jakkolwiek lubię blogowe artykuły, to jednak książka, jako pewne zebrana całość, pozwala lepiej spojrzeć na daną kwestię, porządkuje myślenie, podsuwa fajne sugestie. Tak właśnie było z tą pozycją. Nawet jeśli pewne treści były podobne do tych blogowych, miałam raczej wrażenie przemyślanej spójności, a nie odtwórczego skopiowania, czego niektórzy się obawiali.

Czyta się tę pozycję lekko i przyjemnie, a najważniejsze uwagi zostają w głowie. Już w trakcie lektury odczuwałam nawał pomysłów i rozwiązań, gonitwa myśli i sugestii zachęcała mnie do działania. Najbardziej inspirujące był chyba uwagi dotyczące poszukiwania własnego stylu. Wykonałam jedno z sugerowanych ćwiczeń i zrobiłam pisemną, odręczną listę rzeczy, których, mam wrażenie, mogłoby mi brakować. Okazało się, że są tam same klasyki, proste fasony i jednolite kolory; absolutnie bazowe rzeczy w rodzaju gładkich bluzek, skórzanej kurtki czy nieśmiertelnego beżowego płaszcza. Dobrze zbiegła się z tym w czasie moja nowa fascynacja Pinterestem – dodając zdjęcia podobających mi się strojów i osób jeszcze precyzyjniej wyklarowałam, do czego chcę dążyć. A propos kolorów – pobawiłam się także w proponowaną przez autorkę analizę kolorystyczną metodą „na celebrytkę” – należy znaleźć osobę podobną do nas wizualnie i spróbować znaleźć w internecie jej analizę. Jest to dużo prostsze, niż ustalanie właściwych kolorów metodą prób i błędów oraz często wzajem sprzecznych wskazówek internetowych. Ustaliwszy swoje podobieństwo do Zooey Deschanel, mogłam prześledzić sugestie dla typu nazywanego „czysta zima”. Chociaż wcześniej byłam mocno sceptyczna względem takich podziałów, przekonałam się jednak, widząc w propozycjach swoje najulubieńsze kolory. W tym granat, co do którego muszę przestać się oszukiwać – jest moim najulubieńszym i najlepszym kolorem, co było widać choćby po intuicyjnym wyborze kolejnych granatowych sukienek („mała granatowa” skutecznie zatępuje mi „małą czarną”).

Przede mną pozostało jednak najgorsze – selekcja i pozbycie się „niedobrych ubrań”. Podoba mi się motto autorki, mówiące:

W każdym ubraniu powinnaś się czuć
jak najlepsza wersja siebie.

Innymi słowy – w dobrze dobranej i skonstruowanej szafie każda sztuka odzieży jest ulubiona. Przedsięwzięcie to jawi mi się jako trudne i karkołomne, wciąż czeka na dobry i wolny dzień – nie ma bowiem sensu robić tego na raty. Prócz trudnych wyborów, czeka mnie jeszcze zrobienie wyprzedaży lub swapu dla koleżanek – ale lektura „Modowej rewolucji” naprawdę inspiruje i motywuje do podjęcia tych trudnych działań. A efektem winna być ogarnięta, uporządkowana i przyjazna szafa. Skoro zaś wiem, dokąd zmierzam, mam ogólną wizję idealnej garberoby, przeprowadzenie całego procesu powinno być tym łatwiejsze.