Nie mam się w co ubrać!

Sądziłam długo, że problem mnie nie dotyczy. Przecież całkiem nieźle panuję nad swoją szafą. Przecież nie mam aż tak dużo ubrań. Przecież nie chodzę zbyt często na zakupy odzieżowe, a jeśli już, to bardzo przemyślane. A jednak konieczność przeprowadzek oraz dramatyzm pakowania się zweryfikowały te założenia, zaś zamieszkanie w akademiku zmusiło do radzenia sobie z taką ilością rzeczy, która zmieści się na trzech małych półkach i siedmiu wieszakach.

Uzmysłowiłam sobie, że może i nie mam problemu z zakupami, za to nazbyt chętnie korzystam z wszelkich okazji, kiedy koleżanki rozdają niechciane ciuchy albo kiedy mam okazję podkraść coś mamie z szafy. Co prawda sama równię chętnie dzieliłam się nieużywanymi elementami odzieży – ale przywiązanie i poczucie „przydasia” było nieproporcjonalne względem wyzbywania się i sprawiało, że tych uznanych za „nieużywane” było naprawdę mało. Moja garderoba mnie przerosła, wykorzystując wszelkie możliwości i wszystkie moje słabe punkty.

Z kolei pobyt w akademiku wymusił wybranie minimalnej ilości ubrań – siłą rzeczy zatem ulubionych z takiej czy innej przyczyny. I stało się coś niezwykłego – niemal nie brakowało mi niczego, za to zazwyczaj wiedziałam, w co mogę i chcę się ubrać. Ograniczenie wyboru zwiększyło efektywność, a nadto otaczałam się samymi najmilszymi sukienkami, takimi, w których wyglądam i czuję się najlepiej – co nie mogło pozostać bez wpływu na moje samopoczucie. Było to jednak rozwiązanie tylko tymczasowe, trzeba było zmierzyć się z rzeczywistością i z faktyczną liczbą ubrań. Trzeba było jakoś rozwiązać ten problem. Miałam mglistą wizję selekcji, wyboru i rozdania większej części, nie do końca jednak wiedziałam, jak się za to zabrać.

I wtedy pojawiła się książka „Slow fashion. Modowa rewolucja” autorstwa Joanny Glogazy, znanej w sieci jako Styledigger. Jej blog jest jednym z moich ulubionych już od dawna, z przyjemnością śledziłam jej ewolucję od zwykłej (choć niezwykłej, bo bardzo inspirującej) szafiarki do osoby świadomej swojego stylu i panującej nad swoją szafą. Dlatego z radością wyczekiwałam jej poradnika – jakkolwiek lubię blogowe artykuły, to jednak książka, jako pewne zebrana całość, pozwala lepiej spojrzeć na daną kwestię, porządkuje myślenie, podsuwa fajne sugestie. Tak właśnie było z tą pozycją. Nawet jeśli pewne treści były podobne do tych blogowych, miałam raczej wrażenie przemyślanej spójności, a nie odtwórczego skopiowania, czego niektórzy się obawiali.

Czyta się tę pozycję lekko i przyjemnie, a najważniejsze uwagi zostają w głowie. Już w trakcie lektury odczuwałam nawał pomysłów i rozwiązań, gonitwa myśli i sugestii zachęcała mnie do działania. Najbardziej inspirujące był chyba uwagi dotyczące poszukiwania własnego stylu. Wykonałam jedno z sugerowanych ćwiczeń i zrobiłam pisemną, odręczną listę rzeczy, których, mam wrażenie, mogłoby mi brakować. Okazało się, że są tam same klasyki, proste fasony i jednolite kolory; absolutnie bazowe rzeczy w rodzaju gładkich bluzek, skórzanej kurtki czy nieśmiertelnego beżowego płaszcza. Dobrze zbiegła się z tym w czasie moja nowa fascynacja Pinterestem – dodając zdjęcia podobających mi się strojów i osób jeszcze precyzyjniej wyklarowałam, do czego chcę dążyć. A propos kolorów – pobawiłam się także w proponowaną przez autorkę analizę kolorystyczną metodą „na celebrytkę” – należy znaleźć osobę podobną do nas wizualnie i spróbować znaleźć w internecie jej analizę. Jest to dużo prostsze, niż ustalanie właściwych kolorów metodą prób i błędów oraz często wzajem sprzecznych wskazówek internetowych. Ustaliwszy swoje podobieństwo do Zooey Deschanel, mogłam prześledzić sugestie dla typu nazywanego „czysta zima”. Chociaż wcześniej byłam mocno sceptyczna względem takich podziałów, przekonałam się jednak, widząc w propozycjach swoje najulubieńsze kolory. W tym granat, co do którego muszę przestać się oszukiwać – jest moim najulubieńszym i najlepszym kolorem, co było widać choćby po intuicyjnym wyborze kolejnych granatowych sukienek („mała granatowa” skutecznie zatępuje mi „małą czarną”).

Przede mną pozostało jednak najgorsze – selekcja i pozbycie się „niedobrych ubrań”. Podoba mi się motto autorki, mówiące:

W każdym ubraniu powinnaś się czuć
jak najlepsza wersja siebie.

Innymi słowy – w dobrze dobranej i skonstruowanej szafie każda sztuka odzieży jest ulubiona. Przedsięwzięcie to jawi mi się jako trudne i karkołomne, wciąż czeka na dobry i wolny dzień – nie ma bowiem sensu robić tego na raty. Prócz trudnych wyborów, czeka mnie jeszcze zrobienie wyprzedaży lub swapu dla koleżanek – ale lektura „Modowej rewolucji” naprawdę inspiruje i motywuje do podjęcia tych trudnych działań. A efektem winna być ogarnięta, uporządkowana i przyjazna szafa. Skoro zaś wiem, dokąd zmierzam, mam ogólną wizję idealnej garberoby, przeprowadzenie całego procesu powinno być tym łatwiejsze.

You may also like

  • Wyprowadzając się z Polski musiałam zrobić porządki w mojej szafie. Do nowego miejsca zabrałam tylko te ciuchy, które bardzo lubię. Okazało się, że to własnie w nich najczęściej chodziłam. Dzięki czystkom poznałam swój styl i wiem w czym się dobrze czuję. Ta wiedza pomaga mi przy zakupie nowych ubrań. Kupuję kiedy faktycznie czegoś potrzebuję, nie ma już poprawiania sobie humoru zbędnymi zakupami.

    • Czyli radzisz sobie świetnie 😉 Ale jak widać, przeprowadzki dobrze robią na ograniczanie stanu posiadania.

  • Dobry temat wpisu. Sama mam problem z ubraniami, teraz jestem pół roku za granicą, a i tak wciąż czuję, ze za dużo niepotrzebnych rzeczy mnie otacza, w tym również właśnie ubrań. Chyba niektóre z nich trzymam trochę ze strachu, że się kiedyś przydadzą. Chętnie sięgnę po lekturę, którą zaproponowałaś, bo wydaje się być kusząco ciekawa 😀

    • O tak, poczucie „przydasia” jest straszne! Ale zapewnia, że poczucie wolności po załatwieniu czystki w szafie jest po prostu wspaniałe i warte każdego wysiłku 🙂 Miłej lektury!

  • Oj znam ten ból. Każda kobieta zna. Zastanawiam się, jak to jest z tym, że w każdym ubraniu powinnaś się czuć jak najlepsza wersja siebie, bo nawet jak ja wyrzucę część ubrań, to i tak będę stopniowała te, które mi zostaną. Czyli lepiej będę czuła się w ładnej sukience niż w jeansach, ale nie wyrzucę jeansów. Wszystko z umiarem. 🙂

    • Niekoniecznie – ja już powoli zbliżam się do stanu, w którym mam tylko „ulubione” ubrania. Skoro w dżinsach nie czujesz się „najlepiej”, może pora się ich pozbyć? 😀

  • Od jakiegoś czasu zmniejszam ilość ubrań w szafie i, o dziwo, im mniej mam, tym łatwiej mi się ubrać 🙂 Za to jak mam coś kupić, to zastanawiam się długo za długo.

    • Dokładnie – bo to za duży wybór sprawia problem!

  • Pingback: Filozofia spódnicy | Świeczek()

  • Pingback: Czego nauczyło mnie mieszkanie w akademiku? | Świeczek()

  • Też sporo zawdzięczam lekturze tej książki:) nawet podkreślałam i wypisywalam cytaty… Drugi trop to ustalenie typu sylwetki wg koncepcji D. Kibbe, wiele zrozumialam ze swoich sympatii i antypatii co do fasonow i wzorów. Kolorystyke już wcześniej rozszyfrowalam. Ostatecznie doszłam do wniosku, że rady Joasi są bliższe życia niż wytyczne światowych stylistów ;p Lubię podglądać eksperymenty wizerunkowe Marii z Ubieraj sie klasycznie. Natomiast często mam wrażenie, że co by nie radziły wszelkiej maści ekspertki, zwlaszcza w nurcie minimalistycznym (ideowo i estetycznie), koncepcja stylu oraz zasobow szafy młodej mamy wymaga specjalnych względów… Przeszłam etap ogromnej frustracji, kiedy usilowalam wygladac jak kobieta klasyczna i dama w zaciszu domowym, a dzieci za nic miały moje starania:)Prawda jest taka, że im mniej dopracowany stroj, tym mniej przeżywa się uwieszanie na nim potomstwa, krew pot i łzy codziennosci, tudzież katar i inne niespodzianki. Dodajmy do tego buty zajechane kółkami od wózka i piaskiem spod hustawki, torebke wypchana survivalowymi akcesoriami i niezbędnymi zakupami… Nie mam, broń Boże, na mysli niedbalego ubierania się w cokolwiek, ale doszlam do wniosku, ze albo będę mamą niedotykalska-bo zniszczą, albo zaakceptuje, ze na tym etapie życia ubrania będa bardzo eksploatowane i posłużą mi przez sezon… Jednocześnie przestalam śledzić niektóre blogi, bo robilo mi sie mimo wszystko trochę przykro, ze w mojej szafie akurat teraz nie bedzie tylko kilku idealnie dopasowanych rzeczy najwyzszej jakosci:)
    Także podziwiam założenia marki, z którą współpracujesz;) Z mojego punktu widzenia tak piękne i drogie ubrania nie mogą być powszednie i nieformalne-kto by mi codziennie pral i prasowal te sukienki i koszule 😀