Camino znaczy droga


Świat piękny i bardzo różny / środa, Lipiec 29th, 2015

DSCN2238

To pragnienie powstawało stopniowo, niemal niezauważenie. Wiedza o istnieniu Drogi Świętego Jakuba istniała gdzieś na skraju mojej świadomości – podobno jest takie coś, ale nie ma żadnego związku ze mną. A przecież zawsze kochałam podróże, a zwłaszcza piesze wędrówki. Także te pątnicze. Wielokrotne letnie pielgrzymki na Jasną Górę, kilka wypraw na francuskie Paris Chartres, niezliczone ilości innych przemarszów. I gdzieś wśród tego wszystkiego, święty Jakub zaczął wzywać – cicho, ale nieustępliwie.

Zeszłoroszna wyprawa, trasą Camino Portugalskiego, mieściła się jeszcze w granicach rozsądku. Zaczynaliśmy w Porto, około 250 kilometrów do przejścia, nie jest to jeszcze wielkie wyzwanie. Sam szlak jest wyjątkowo piękny (Portugalia to w ogóle niezwykły kraj), a także mało uczęszczany, zatem bardzo dobry na pierwsze camino. Sądziłam, że będzie to jednorazowa przygoda – to znaczy, sądziłam tak przed wyprawą i może przez kilka pierwszych kilometrów. Jeśli rację ma Kapuściński, mówiąc o nieuleczalnym zarażeniu podróżą, to camino nie tylko zaraża, ale i uwodzi na zawsze.

Drogi nie da się porównać z niczym innym. Nawet jeśli wybiera się we dwójkę, czy też większą grupą, pręczej czy później człowiek zostaje sam na sam ze swoimi myślami, i z Bogiem. Priorytety redukują się do naprawdę niewielu rzeczy. Konieczność niesienia własnego bagażu sprawia, że ograniczamy się do naprawdę niezbędnego. Rytm dnia ustala pobudka przed świtem i wędrowanie do wczesnego lub późnego popołudnia. Najważniejszą potrzebą staje się kawałek cienia na postój, chłodna woda zaspokajająca pragnienie, miejsce w schronisku na nocleg i czyste skarpetki. Oderwanie od zgiełku codziennej rzeczywistości – telefon służy tylko jako budzik, raz na kilka dni w schronisku trafi się komputer z dostępem do internetu i można poinformować rodzinę i znajomych, że nadal się żyje.

DSCN2281

I droga. Czasem prosta i płaska, czasem z wyjątkowo trudnym podejściem. Z rzadka przez miasta, częściej przez uśpione wioski, zazwyczaj przez bezkresną naturę. Im bliżej Santiago, tym więcej pątników się spotyka, ale w pierwszych dniach można nie natknąc się niemal na nikogo. Czas wypełnia rozmowa, modlitwa, podśpiewywanie, ale tak naprawdę najwięcej jest milczenia i po prostu wędrowania. Nie da się opisać, nie da się zawrzeć w słowach wrażeń i przeżyć, których się tam doświadcza. Są jednak tak silne, że zmuszają do powrotu. Kto raz odpowiedział na wezwanie camino, będzie tęsknić przez całe życie.

W tym roku wyprawa w oczach niektórych zakrawa na szaleństwo. Wybraliśmy Drogę Francuską, tę najpopularniejszą, najstarszą, najbardziej znaną i uczęszczaną. Ale wędrówka z granicy francusko-hiszpańskiej to za mało: zaczniemy wcześniej w Pirenejach, w Lourdes, w zagubionych w górach sanktuarium, do którego mamy szczególny sentyment. Trasa z Saint-Jean-Pied-de-Port to niespełna 800 km, z Lourdes wypadnie prawie 900. Gdyby udało się jeszcze zrealizować trasę z Santiago do Fisterre, do przylądka ochrzczonego mianem „końca ziemi”, byłby okrągły tysiąc (tu link do map Googla, przedstawiający trasę w przybliżeniu). Tysiąc przewędrowanych kilometrów. Brzmi przerażająco cudownie – i oto właśnie chodzi.

DSCN2338Zdjęcia pochodzą z mojego ubiegłorocznego camino.