An Irish girl

Są takie filmy, w których można się zakochać od pierwszego rzutu okiem na zwiastun. Które nie zapewniają żadnych wielkich zwrotów akcji, ale za to odrobinę wzruszeń, trochę tęsknoty, piękne kadry i przemiłą ucieczkę do innego, uroczego świata. „Brooklyn” to jeden z takich filmów.

[wpis zawiera spoilery]

brooklyn film recenzja saorise ronan ellisa lacey

Bardzo chciałam ten film zobaczyć i od początku czułam, że mi się spodoba. Ba, założyłam, że tak będzie. Brakuje mi takich filmów: ciepłych, ładnych, po prostu normalnych. Opowiadających zwykłą historię, ze zwykłymi przeżyciami i doświadczeniami, które może i są dramatyczne, ale nie udramatyzowane na siłę. Przy których można się trochę wzruszyć, poczuć melancholijnie, by zaraz potem uśmiechnąć i ucieszyć. Opowieść o trudnych wyborach młodej emigrantki łatwo można było przeszarżować, uczynić zbyt ckliwą i sentymentalną albo też za bardzo wstrząsającą. Nic takiego nie miało miejsca. Fabuła, choć dotyczy poważnych spraw i posiada gwałtowne zwroty akcji – jest w tym wszystkim taka ludzka i zwyczajna. Najgorsze nawet przeżycia, najtrudniejsze decyzje dzieją się bez jakichś wielkich fanfar, raczej w ciszy i w ukryciu.

Główna bohaterka, Ellis Lacey (grana przez prześliczną Saorise Ronan, wyglądającą prześlicznie w strojach z epoki) nie zwykła mówić zbyt wiele. To dziewczyna skromna, opanowana, panująca nad sobą, a nawet trochę w sobie zamknięta. Taka, która, gdy nie potrafi się odnaleźć w jakiejś sytuacji, usiłuje się do niej zdystansować. Czasem aż do przesady, gdy musi włożyć wysiłek, by nauczyć się adekwatnie reagować na przytrafiającą jej się miłość. Cały zresztą film ucieka od epatowania emocjami: nie ma długich i romantycznych pocałunków, spektakularnych oświadczyn, nie ma nawet przeciągłego patrzenia sobie w oczy. Bohaterowie są zwyczajni, czasami zwyczajnie nie wiedzą, co sobie powiedzieć. Nie mówią więc nic. Tony (w tej roli Emory Cohen, wyraźnie pozujący na Marlona Brando) też jest zwyczajnym chłopakiem, pracuje jako hydraulik, ma marzenia o lepszym życiu i chce się nimi dzielić z Ellis. Nic więcej, niby nic szczególnego. Ale właśnie ten brak przeładowania emocjami, delikatność, spokój, są największymi atutami filmu.

saorise ronan brooklyn recenzja

Główny problem filmu oscyluje gdzieś pomiędzy pytaniami o emigrację i o miłość. Choć sprawa jest bardzo złożona, można ją sprowadzić do prostej perspektywy: dokąd się wyjeżdża, a dokąd się wraca. Nie zawsze zgadzałam się z postępowaniem głównej bohaterki, nie zawsze je rozumiałam. Zawahanie się co do własnych uczuć w obliczu wyraźnej atencji przystojnego Irlandczyka (umówmy się, z takim wyglądem Domhnall Gleeson ma przewagę nad każdym) nie budzi zdziwienia. Brak właściwego pożegnania się z nim, wyjaśnienia sytuacji – już tak. Może właśnie nie była pewna swoich uczuć? Może nie chodziło tu tylko o wybór pomiędzy dwoma mężczyznami (wszak obaj byli naprawdę dobrymi kandydatami), ale o wybór miejsca do życia? To ponowna styczność z małomiasteczkową mentalnością, od której wszak uciekła, sprawia, że Ellis podejmuje decyzję: może faktycznie to właśnie przeważyło, a może tylko pozwoliło jej sobie przypomnieć, co (i kto) jest dla niej naprawdę ważne. Nasuwa się pytanie, czy dziewczyna by wróciła, gdyby nie poślubiła Tony’ego przed wyjazdem. Nie dowiemy się tego – ale ja chcę wierzyć, że tak.

Nie mogę się nie zachwycić stylistyką kostiumów, scenografii, a także samych zdjęć. Stroje Ellis nie są przypadkowe: pokazują jej przemianę, z szarej myszki przemykającej ulicami Nowego Jorku w dziewczynę, której eleganckie okulary przeciwsłoneczne nie pasują do irlandzkiego miasteczka. Ciekawą klamrą są też dwie sceny na dwóch plażach, w towarzystwie dwóch starających się o nią mężczyzn – zarówno w Ameryce, jak i w Irlandii Ellis nosi tę samą (przecudną zresztą) spódnicę. Jak gdyby miało to podkreślić, że i tu, i tam jest tą samą dziewczyną, która musi podjąć decyzję co do tego, gdzie chce przynależeć. Pomijając nawet te subtelności – estetyczna warstwa filmu, od najdrobniejszych szczegółów po całe kadry, zachwyca i wywołuje natychmiastową chęć przeniesienia się w czasie. Oczywiście przy pominięciu faktu, że żadna przeszłość nie była tak cudowna, jak nasze wizje na jej temat.

Domhnall Gleeson as "Jim" and Saoirse Ronan as "Eilis" in BROOKLYN. Photo by Kerry Brown. © 2015 Twentieth Century Fox Film Corporation All Rights Reserved

Film ma pewne wady konstrukcyjne, przede wszystkim wydaje się nieco poszarpany. Przeskoki między niektórymi scenami czy wątkami są zbyt drastyczne, nie na tyle oczywiście, by zgubić wątek, ale poczuć pewną konfuzję już można. Jak gdyby niechęć bohaterów do werbalizowania swoich uczuć, skądinąd słuszna, bo dzięki temu film zdecydowanie nie jest przegadany, poszła odrobinę zbyt daleko. Czasami trudno stwierdzić, co doprowadziło do danej sceny, bywa też pozbawiona jakichś dalszych konsekwencji. Jak gdyby w postprodukcji pocięto trochę za bardzo. Może sytuację wyjaśnią dodatkowe sceny na DVD, jeśli takowe będą. Niemniej – nie do końca tak powinna wyglądać spójna i ciągła narracja. Największym jednak problemem „Brooklynu” jest jego zwiastun – z gatunku takich, które streszczają całość fabuły. Niby ukrywa końcową decyzję Ellis oraz jej ślub z Tonym, niemniej całokształt przebiegu historii można sobie bez problemu odtworzyć. Zwiastun owszem, zachęca, ale aż za bardzo – a chyba nie o to powinno chodzić.

Film jest etiudą ku czci dawnego świata – a raczej takiego świata, który nigdy pewnie nie istniał, ale w który bardzo chcemy wierzyć. W którym wszyscy są szlachetni (a przynajmniej okazują się mieć szlachetne rysy charakteru), wszyscy świetnie wyglądają, czy to dziewczęta w roboczym uniformie w sklepie, czy to młodzieńcy podczas spaceru na plaży. Świata, gdzie jest miejsce na proste radości, gdzie wspólne życie zasadza się na zaufaniu i śmiechu. Wiadomo, że prawdzie życie nie może tak wyglądać, że w rzeczywistości, jakiejkolwiek decyzji by Ellis nie podjęła, zawsze by trochę żałowała. Chcemy jednak wierzyć, że ziszczą się jej amerykańskie marzenia, że Tony zbuduje jej dom na Long Island, i że będą żyli długo, spokojnie i szczęśliwie.

You may also like

  • Śnieżka

    Film jest śliczny. Po prostu. I zgadzam się z Tobą w tym, że takich filmów na trzeba – ciepłych, normalnych, bez fajerwerków i bez długo trwających spojrzeń w oczy. „Brooklyn” ma niestety kilka scen dość tendencyjnych (np. wyjście Ellis z budynku w porcie w stronę światła), ale ma też wiele momentów, które są urocze w swojej prostocie. Ja mam jednak problem ze zrozumieniem bohaterki i jej motywacji powrotu do Ameryki: gdyby jej była pracodawczyni nie dowiedziała się o ślubie, to jak długo Ellis zamierzała to ciągnąć? Jestem bardzo ciekawa książki – ponoć większy nacisk położony jest w niej na problem emigracji, no i zakończenie jest rozwiązane trochę inaczej. Ale do „Brooklynu” będę jeszcze wracała 🙂

  • Książka jest wspaniała! Gorąco polecam, chociaż wiem, że dla kogoś kto widział film może nie wywierać takiego wrażenia.
    Dla mnie film był wspaniałym uzupełnieniem książki. Na stroje bohaterów mogłabym patrzeć bez końca, a Domhnall zdobył tym filmem zdecydowanie moje serce :).

    • Poluję na książkę, ale jest ciężko dostępna w bibliotekach, a zakup jest niemalże niemożliwy Słyszałam jednak, że fabuła trochę się różni od filmowej, więc tym bardziej chcę to sprawdzić.
      Co do warstwy wizualnej – „Brooklyn” może być jedną z silniejszych inspiracji do noszenia sukienek 😀 A Domhnall to faktycznie uczta dla oczu!

  • Pingback: Aleksandra Kaliszan blog - Balolinki - zbiór inspiracji #1 | Aleksandra Kaliszan blog()