Sześć tekstów, które usłyszysz, nie nosząc spodni

sukienki spódnice nie noszę spodni

Rezygnacja z noszenia spodni wciąż jest ewenementem, który spotyka się z rozmaitymi reakcjami. Najczęściej są one pozytywne, czasami lekko niedowierzające. Bywa jednak i tak, że owe komentarze wywołują we mnie raczej zdziwienie czy rozbawienie, świadcząc o przyjętych z góry uprzedzeniach. Wierzę jednak, że mówiący nie mają nic złego na myśli – po prostu chcą dopytać o coś, z czym mogli się wcześniej nie spotkać. O swoich doświadczeniach z dochodzeniem do takiej decyzji pisałam już wcześniej. Poniżej przedstawiam wybór z najczęstszych i jednocześnie najdziwniejszych wypowiedzi, z jakimi się zetknęłam. Jestem pewne, że ich zbiór może być dużo większy, zachęcam do podawania swoich propozycji.

1) Nie zimno ci?

Istnieje dziwne założenie, że odpowiedni komfort cieplny można zimą uzyskać jedynie w spodniach. Nie potrafię wyjaśnić, skąd wzięło się takie myślenie. Ciepło zależy od ilości założonych na siebie warstw oraz od rodzaju materiałów. To właśnie noszenie spódnic daje większe możliwości, jeśli chodzi o ogrzewanie! Grube rajstopy czy wręcz termiczne legginsy, wełniana spódnica za kolana (i oczywiście wełniany sweter), wysokie trzewiki, zakolanówki czy też ocieplacze na nogi, dłuższy płaszcz czy kożuszek i voilà. Nie zapominajmy o porządnej czapce i rękawiczkach – to przez głowę i dłonie tracimy najwięcej ciepła. Skąd zatem przeświadczenie, że w bawełnianych spodniach byłoby cieplej? Dodajmy jeszcze, że sukienka po pierwsze może posiadać grzejącą podszewkę czy halkę, zaś przy wyjątkowych mrozach można po prostu założyć kilka warstw – czy to kilka par rajstop, czy to dwie spódnice. Trudno zaś wyobrazić sobie założenie dwóch par spodni naraz. Odpowiadając zatem – nie, wprost przeciwnie!

2) Nie za gorąco?

Drugi paradoks, znowu pogodowy. Tym razem założenie, że najlepszym sposobem znoszenia upałów jest maksymalne odsłonięcie całego ciała. Pomijając już ryzykowny aspekt zdrowotny takiego postępowania (oparzenia słoneczne), to po prostu nie działa. Generalnie wysokie temperatury potrafią obniżyć komfort życia, jednak najwygodniejszym sposobem radzenia sobie z nimi jest noszenie strojów lekkich i przewiewnych. Zwiewna bawełniana sukienka nie dość, że może generować miły, chłodzący wiaterek przy chodzeniu, to wchłonie także nadmiar potu, szybko wyschnie oraz osłoni przed bezpośrednim wpływem palących promieni słonecznych. Podobnie jak w poprzednich punkcie, zarówno fason, jak i jakość i rodzaj tkanin mają kluczowe znaczenie. Wystarczy dobrać je dobrze.

3) Przecież to niewygodne!

Chyba mój ulubiony punkt, a zarazem najzabawniejszy. Wyjdźmy od podstaw. Ubiór powinien być wygodny. Powinien być także stosowny, porządny, schludny, dostosowany do sytuacji (a więc często elegancki), ale przy tym wszystkim musi być komfortowy! Nie wyobrażam sobie celowego zakładania czegoś niewygodnego, i myślę, że mało kto tak czyni. Skąd zatem przypuszczenie, że nosząc spódnice i sukienki, wybieram jakieś wyjątkowo niedopasowane i uwierające? Często ta uwaga dotyczy konieczności noszenia rajstop lub pończoch, tutaj jednak znowu ripostą jest kwestia odpowiedniego ich dobrania do swojej figury. Na marginesie, nigdy nie potrafiłam zrozumieć sugestii, iż sztywne i grubsze spodnie mogą być wygodniejsze od elastycznych i cienkich rajstop – mnie obecnie w spodniach jest szalenie niewygodnie.

4) Chce ci się?

Doprawdy dziwaczne pytanie, które zarazem jest dość uniwersalne. Może wszak dotyczyć innych kwestii – dlaczego chce mi się zrobić makijaż, ułożyć włosy, pomalować paznokcie? Nie szkoda czasu? Idźmy dalej, jak to możliwe, że chce mi się wypastować buty czy wyprasować koszulę? A może nawet wziąć prysznic? Sprowadzenie do absurdu pokazuje absurdalność właśnie takiego rozumowania. Jeśli chcę dbać o swój wygląd, jeśli przyjmuję pewne standardy co do niego, to tak, chce mi się. A jeśli komuś nie zależy na takim czy innym aspekcie wyglądu, to w porządku, jego sprawa, ale niechże da żyć innym. Zaś zupełnie serio, kobiecy strój nie wymaga jakiegoś drastycznie większego wysiłku w ubieraniu się, wymaga po prostu zmiany myślenia.

5) Przecież w tym się nie da…

… i następuje tu szeroka gama konkretnych przykładów mających uzasadnić niemożność noszenia spódnic. Po pierwsze, to zazwyczaj się da. Powszechne i popularne czynności, takie jak sprzątanie, rekreacyjna jazda na rowerze czy piesze wędrówki z powodzeniem wypraktykowałam jako możliwe i w żaden sposób nie widzę, jak rodzaj stroju miałby coś uniemożliwiać. Przeszłam ponad 1000 kilometrów w spódnicach, nie było problemu. Po drugie, oczywiście że istnieją aktywności w życiu, które wymagają konkretnych strojów. Najczęściej chodzi o sporty – nikt nie sugeruje narciarstwa czy pływania w sukienkach. Może się też pojawić kwestia uniformu do pracy czy konieczności przebierania się (może jesteś aktorką?). Niemniej, sedno problemu leży w tym, co wybieramy i na co się decydujemy, nie zaś w tym, co nas ogranicza. Po trzecie zaś, jeśli faktycznie dla kogoś czegoś nie da się zrobić w danym stroju, nie znaczy to jeszcze, że owego stroju nie można nosić wcale!

6) Wybierasz się dokądś?

W innej wersji: „Co ty taka wystrojona?”. Tego rodzaju uwagi są w zasadzie komplementem, który jednocześnie podkreśla, iż w sukience czy spódnicy dziewczyna zawsze będzie z definicji lepiej ubrana niż w spodniach. Łatwiej jest zwrócić uwagę, łatwiej jest wyróżnić się, łatwiej osiągnąć pewien poziom elegancji. A zabawność takich wypowiedzi polega na tym, że to nie jest żadne wystrojenie, żadna szczególna okazja – to po prostu moja codzienność. Można by tu rzucić złotą myślą, że każdy dzień jest świętem, i nie byłaby to nawet wielka przesada – w końcu celebrowanie codzienności i upiększanie każdej chwili jest rewelacyjną metodą życia w dobrym i radosnym nastroju.

To tylko wybór moim zdaniem najczęstszych i najbardziej stereotypowych wypowiedzi dotyczących nienoszenia spodni. Potraktowałam go z przymrużeniem oka, tego rodzaju wypowiedzi nie są przecież złośliwe. Często mają tę korzyść, że mogę przy ich okazji opisać swoje podejście i swój punkt widzenia. A zatem – propagować kobiecy strój. Mam nadzieję, że będzie coraz mniej budzić zdziwienie i niedowierzanie!

You may also like

  • U mnie najczęściej słyszy się „Coś Ci się stało?”, bo (niestety) rzadko noszę spódnice.

    • To może pora przeprowadzić eksperyment i to zmienić? Na przykład miesiąc bez spodni 😉

      • Alinka

        Ja kiedyś w ramach odmiany zrobiłam tydzień bez spodni – zostało zauważone i bardzo pozytywnie przyjęte 😀

  • Czytałam i czytałam i zastanawiałam się, czy dojdziesz do punktu ostatniego „co ty taka wystrojona?” Mnie się to zdarza nawet wtedy, gdy założę białe spodnie.

    Nie zrezygnowałam ze spodni, bardzo je lubię, ale spódnice i sukienki noszę co najmniej tak samo często, zwłaszcza latem. Jeśli mam wybrać pomiędzy szortami, a spódnicą, wybiorę spódnicę i bardzo rzadko zdarza się, że jest krótsza, niż 1-2 dłonie przed kolano.

    I mnie również dotyczą – a także męczą – wszystkie powyższe punkty. Teraz, gdy ludzie się przyzwyczaili są coraz rzadsze, ale jednak.

    • Mnie to nie męczy, raczej budzi rozbawienie. Często mam wtedy okazję wyjaśnić swoje podejście, a co za tym idzie – choć trochę kogoś przekonać.

  • Hahaha skąd ja to znam? 😀 Najlepsze jest pkt 3 o wygodzie. Odkąd zaczęłam chodzić głównie w spódnicach/sukienkach to właśnie noszenie spodni jest dla mnie bardzo niewygodne, to wbijanie się w ciasny i sztywny materiał. 🙂
    Wydaje mi się jednak, że teraz kobiety częściej chodzą w sukienkach niż jeszcze parę lat temu, też macie takie wrażenie? Bardzo mnie to cieszy. I jest jeszcze jedna pozytywna rzecz – coraz bardziej modne stają się długie włosy! 🙂

    • To prawda! Mam wrażenie, że powrót do bardzo kobiecego wyglądu zyskuje na popularności. Oby tak dalej 🙂

  • Justyna

    U mnie najczęściej zdarza się „idziesz na randkę? tak się wystroiłaś”. Chociaż moje spódnice przeważnie są kupowane w second handach za grosze. I obecnie to noszenie jeansów jest dla mnie torturą.

    Może pokaże Pani kiedyś zdjęcia swoich ulubionych sukienek i spódnic?

    • Secon-handy to wspaniałe źródło odzieży, często bardzo dobrej jakościowo! Na pewno planuję wpisy z inspiracjami, co można nosić. A tymczasem zapraszam na mój Pinterest, przycisk w panelu bocznym z prawej. Mam bardzo dużo przypiętych zdjęć sukienek i spódniczek!

  • K.

    Podpisuję się obiema rękoma! Zwłaszcza pod ‚co ty taka wystrojona?’ – biorąc pod uwagę fakt, że poza sukienkami/spódnicami, buty na obcasie także są moją miłością (rzecz jasna, nie na każda okoliczność), słyszę to dosyć często 😉

    • O, ja akurat na obcasach niezbyt często (choć uwielbiam dźwięk stukania!). A „wystrojona” lubię być sama dla siebie, dla własnej radości i satysfakcji, bez czekania na specjalną okazję 🙂

  • ja bym jeszcze dodała sugerowanie, że noszę sukienki tylko po to, żeby przypodobać się mężczyznom. – bo przecież niemożliwe żebym „tak się stroiła” z własnych upodobań.
    Najczęściej słyszę nr, czasami też 6.

    • O, właśnie. Pewnie, że lubię się podobać, zwłaszcza własnemu mężowi, ale przede wszystkim chcę się czuć dobrze ze sobą – pewnie jak każda z nas.

  • Anka

    Te teksty niekoniecznie są takie stereotypowe i nieprzystające do rzeczywistości jak przedstawia Autorka. Z mojego własnego doświadczenia noszenia spódnic i sukienek:
    1) Tak, było mi zimno. A zakładanie tych wszystkich dodatkowych warstw, które proponuje Autorka daje efekt bycia bałwankiem i wcale nie trzeba mieć nadwagi, by go osiągnąć. Jak dla mnie jest to nie do przyjęcia. W przypadku spodni wystarczają grube rajtuzy pod nie i jest ok. Chodzenie w dwóch spódnicach? Ale jakich? Chyba nie ołówkowych – a takie są odpowiednie do pracy. Przynajmniej w mojej pracy.
    2) W przypadku upałów problemem jest nie to, czy za gorąco, ale koszmarne obcieranie wewnętrznej strony ud – trudne do wygojenia i bolesne. I do tego też wcale nie trzeba mieć nadwagi – doświadczyłam tej „zalety” noszenia kiecek na własnej skórze. Nawet talk nie pomógł.
    3) Tak, było mi niewygodnie. Nawet bardzo. Chodzenie w spódnicy do pracy oznacza, że musi być ona elegancka, a to z kolei oznacza noszenie eleganckiego obuwia. Kończyło się krwawą masakrą moich stóp – fakt, że mam jakieś felerne. Do spodni o wiele łatwiej przemycić wygodniejsze obuwie.
    Rozumiem, że ten post miał na celu zachęcić do noszenia sukienek, ale jest mocno subiektywny – w sumie nic dziwnego, bo Autorka pisze zapewne o swoich doświadczeniach. Może jednak warto mieć świadomość, że nie jest to prawda objawiona – a trochę tak się to czyta.
    PS. To mit, że najwięcej ciepła ucieka przez głowę.

    • Sukienki czy spodnie to kwestia bardzo indywidualna, choć ciekawią mnie otarcia ud w lato i eleganckie buty.

      Latem noszę zwiewne sukienki i spódnice, by upodobnić się do ludzi przemierzających pustynie – lekki zwiewny materiał. Nosząc spodnie także przecież ocieram udo o udo, nawet bardziej.

      I o ile oczywiście nie masz problemów z delikatnymi stopami, do spódnicy w pracy za eleganckie obuwie uchodzą czółenka na niskiej, szerokiej podstawie. Nie muszą to być wcale buty na obcasie (w sensie słupek czy szpilka).

      Co do zimy to różnie. Nigdy nie byłam bałwankiem. Przy spodniach też nie zakładam tony warstw, ale w miarę dobrze znoszę zimno, więc może o to chodzi.

      • Anka

        Kiedy nosisz spodnie, ocierasz o siebie nogawki spodni a nie uda – spodnie są wtedy warstwą, która ochrania skórę – nigdy nie miałam otarć od spodni a po noszeniu spódnic był często po prosto koszmar – znajoma siostra zakonna z tego powodu musi latem nosić specjalne spódnico-spodnie a moja mama wypróbowała wszelkie talki i pudry do ciała, więc nie jest to wydumany problem. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak to wygląda u osób ze sporą nadwagą. Zresztą to przecież logiczne, że spocona i trąca o siebie skóra może spowodować bolesne otarcia i odparzenia.
        Co do problemów z delikatnymi stopami, to przecież piszę, że je mam i nie chodzi tu o noszenie szpilek, ale właśnie zwykłych, niskich czółenek – kończy się to krwią i odciskami. Mogę je założyć na godzinę do kościoła, pod warunkiem, że pojadę tam samochodem.
        Podsumowując: jak dla mnie gra nie warta świeczki. I nie chodzi mi tutaj, aby kogoś przekonywać, że nie warto chodzić w spódnicach, ale raczej o to, że też chyba nie warto obśmiewać tych „tekstów”, bo są one po prostu wynikiem indywidualnych doświadczeń – moje są właśnie takie. Chociaż nie mam zwyczaju komentowania cudzych strojów, bo mało mnie obchodzi co kto nosi, więc ode mnie byś tych pytań tak czy inaczej nie usłyszała.

    • Dziękuję za całą dyskusję! Jasne, że przedstawiam swoje zdanie – i chętnie zapoznam się z cudzym.

      O problemie dress code’u starałam się pisać, może niedodstatecznie jasno. Oczywiście, że jeśli możesz nosić tylko spódnicę ołówkową, to wymaga ona odpowiednich rajstop i butów – co w zimie zwłaszcza może graniczyć z niemożliwością. Znam osoby, które w takich sytuacjach przebierają się po przybycu do pracy: przybywają w czymś zapewniającym komfort cieplny, a potem zmieniają na wymagany strój. To sporo zachodu, ale może być jakimś rozwiązaniem.

      Jeśli chodzi o otarcia i stopy – współczuję. Jasnym jest, że ograniczeń własnego ciała nie przeskoczymy, i trzeba mieć to na względzie. Jeśli chodzi o buty, może warto rozważyć wykonanie ich na miarę? To drogi interes, ale może mieć sens w perspektywie czasu, jeśli będą faktycznie wygodne, a w dodatku trwałe i podobające się.

      Wszystkich wypowiedz z tekstu doświadczyłam osobiście – i chciałam pokazać, że nie zawsze musi tak być. Ale oczywiście, jak pokazuje Twój przykład, może. Nie chodzi tutaj o absolutne negowanie wszystkiego, co nie jest sukienką. Okoliczności są najróżniejsze, temu zresztą poświęcę kolejne wpisy.

  • Magda

    @Anka,
    ja pracuję w korpo i jest tam wyznaczony ogólny zarys dress code’u, nie każą nam nosić tylko jednego kroju spódnicy, który nie koniecznie musi być wygodny. Ważne aby miała odpowiednia długość, nie musi być obcisła i dopasowana.
    Spódnicę ołówkową pamiętam, że miałam tylko w SP i ubierałam ją np. na popisy muzyczne, bo nie trzeba było zbyt dużo chodzić, bo denerwowało mnie, że co chwilę się podciąga i przekręca i takich później już nie kupowałam, bo były dla mnie nie wygodne.

    Nie bronię jakoś specjalnie spódnic, że są najlepsze, ale spokojnie można znaleźć takie spełniające i kryterium elegancji i kryterium wygody dla kobiety. Teraz jestem ograniczona do niewielkiego zakresu strojów, bo jestem w ciąży, więc wybieram to, co jeszcze na mnie pasuje ;).

    A z butami jest tak samo… Można zapłacić kilka(dziesiąt) złotych więcej i mieć wygodne buty i jeszcze eleganckie, np. w Ecco, choć w tym akurat sklepie ceny bywają mocno przesadzone. I tak samo, nie trzeba się katować 6cm obcasem, można spokojnie wziąć 4cm, które są bardziej komfortowe.

    • Anka

      Większość moich butów to ecco – niestety sprawdzają się tylko te sportowe. W tych o bardziej eleganckim kształcie jest taki sam problem co z tańszymi. Nigdy nie chodziłam na wysokich obcasach (mam jedne szpilki na specjalne okazje), ale to nie w wysokości obcasa jest problem, ale w całej reszcie – no felerne stopy pewnie.
      Spódnice ołówkową podałam jako przykład. Głównie miałam na myśli to, że jak dla mnie zakładanie dwóch spódnic naraz to już po prostu jakieś przebieranki nie do zaakceptowania. Poza tym próbowałam zwrócić uwagę na fakt, że często problemem jest nie sama spódnica, ale to co do niej zakładamy – choćby właśnie obuwie.
      Myślę, że z tą wygodą to jednak zaklinanie rzeczywistości, bo przecież chyba każda kobieta chodziła kiedyś w spódnicy i w spodniach, więc ma porównanie i nie bez powodu kobiety wybierają jednak na co dzień częściej spodnie. Sama mam w szafie mnóstwo sukienek i spódnic, które bardzo podobały mi się w sklepie, a teraz są rzadko używane z powodów, o których pisałam wyżej.
      Niemniej jednak lubię (choć okazuje się, że bardziej w teorii niż w praktyce 😉 sukienki i spódnice i jak mam sprzyjające ku temu warunki pogodowe i komunikacyjne to noszę. Ale jakoś zadziwienia otoczenia wtedy nie wzbudzam ;-(

      • manna

        @Anka,

        A konsultowałaś te problemy z lekarzem?

  • „Co Ty taka wystrojona?!” to mój prześladowca. Nie wiem już, co odpowiadać na takie teksty. Przecież założenie spódniczki jest mniej skomplikowane niż założenie spodni. Inne podpunkty też mi się przydarzają ale ten zdecydowanie najczęściej. 🙂

    • Moim zdaniem jest to powiązane z szerszym problemem – staranie się dla siebie, na co dzień, tak bez okazji. I nieważne, czy tyczy się to stroju, czy dobrego posiłku, czy wystroju wnętrza. Nasze życie zasługuje na bycie najlepszym możliwym każdego dnia – a nie tylko od święta.

      • Tak, to bardzo szeroki problem skoro ludzi dziwi nawet dziewczyna w kiecce. A przecież większa część historii mody kobiecej to właśnie suknie i spódnice. Powinno to być bardziej naturalne niż kobieta w jeansach. 😉

  • Oj, ja również uwielbiam spódnice, ale mam z nimi niemały problem. A może raczej nie z nimi, ale z rajstopami. Mam ogromny talent do zadzierania ich, puszczają mi oczka i podobne historie. Dlatego często właśnie rezygnuję z nich na rzecz spodni, a szkoda, bo w spódnicach wygląda się bardzo kobieco.

    • Fakt, ale problem ten najbardziej dotyczy najcieńszych, prawda? Dlatego ja w miarę możliwości z takich grubszych przesiadam się od razu na gołe nogi 🙂 Wiadomo, nie każdy może, nie każdy dress code zezwala, ale polecam w miarę możliwości!

    • Mam dokładnie to samo, cienkie rajstopy wytrzymują u mnie jedno założenie.

  • Kinga

    A ja od pół roku w spódnicach właśnie latam. I sukienki. Mniej ubierania. 🙂 ♥

  • Świeczku! Trafiłam już kiedyś na Twoją filozofię spódnicy i tak mi zapadła w głowę, że powyciągałam z szafy wszystkie kiecki i staram się zakładać je częściej i… to jest super! 🙂

  • Uwielbiam spódnice. Mam kilka znajomych, które zarazilam noszeniem-tylko-spódnic i mówią, że czują się bardziej kobieco.

    „Dziś zimno. Załóż spodnie, bo się przeziębiesz” – to chyba jeden z lepszych tekstów, ktore słyszałam 🙂

    • O, tego nie słyszałam, dobrze! Podpada w sumie pod szersze wątki pogodowe 🙂

  • Ja w spódnicach/sukienkach chodzę raczej wiosną albo w lecie, kiedy nie muszę zakładać rajstop. Nienawidzę rajstop, szczególnie cienkich. Wełniane nawet ujdą 😉 Ale na myśl o cienkich aż mnie otrzepuje 😀 I trochę mi smutno ze z tego powodu tak rzadko chodzę w spónicach 😉

    • To może być kwestia dobrania lepszych rajstop – produkty są bardzo nierówne między sobą. Zamierzam wypróbować firmę Falke – jest polecana ze względu na wysoką jakość.

  • Pingback: Zima w spódnicy, zima w sukience - kobiecy strój zimową porą()

  • Zgadzam sie, taki wybor przede wszystkim wymaga zmiany myślenia, przypuszczam, ze na początku również przeorganizowania szafy, przemyslanych zakupow, nowych nawykow. Wiesz, rodzice wychowali mnie „oazowo”, do konca liceum chodzilam w spodnicach, nawet umialam sama uszyc prostą. Na studiach juz nie bylam taka radykalna, studenckie wypady w gory byly latwiejsze w spodniach. Macierzynstwo też…Wypracowalam sobie tzw. sportowa elegancje i dbam o zadbany kobiecy wyglad, ale jednak czesto nosze spodnie. Wprawdzie nie dresy, nie leginsy, nie opiete rurki, dzinsy tez schowalam na dno szafy, ale jednak spodnie…Musze troche nad tym jeszcze popracowac:) Mysli wybiegaja juz do wiosny i lata. Kupilam na to konto spodnice:)

    • Najważniejsze to mieć swój styl i czuć się w nim dobrze 🙂 Choć sama zupełnie zrezygnowałam ze spodni, rozumiem motywacje innych kobiet noszących je. Chcę jedynie pokazywać, że się da i przekonywać te, które się wahają. Czasami wystarczy spojrzeć na coś z innej perspektywy. Życzę udanej wiosny w spódnicy!