Pożegnanie z Downton

finał downton abbey recenzja

Na czym polegał fenomen Downton Abbey? Przez kilka lat ten serial ITV był jednym z moich ulubionych, jednym z najbardziej wyczekiwanych, oglądanych w napięciu odcinek po odcinku. Teraz, kilka miesięcy po zakończeniu jego emisji chciałabym przyjrzeć się temu, co właściwie mnie uwiodło w tej produkcji.

Punkt wyjścia jawił się jako idealnie skrojony pod moje preferencje. Tak zwany film czy serial „z epoki” zawsze oferuje ucztę dla oczu: scenografię i kostiumy. Czas akcji Downton Abbey, czyli okres przed, w trakcie i po pierwszej wojnie światowej obfitował w godne pozazdroszczenia stroje i fryzury, zaś wszystko zaś miało miejsce w zachwycających wnętrzach. Tego rodzaju produkcje służą wywołaniu poczucia danej epoki – i to mieliśmy w Downton, ulotne wrażenie, że faktycznie przebywamy w ziemskiej posiadłości w latach dwudziestych. Podróż w czasie jest tym, czego pragnę jako widz i dzięki czemu łatwo przywiązuję się do danego serialu.

Innym, równie ważnym składnikiem, była urocza, obyczajowa fabuła. Urocza, bo nawet gdy dotyczyła dramatycznych wydarzeń czy prawdziwych skandali, nie przestawała sprawiać wrażenia delikatnej i miłej. Największe dramaty, najtrudniejsze przeżycia zdawały się być łagodzone przez piękno otoczenia i stoicki spokój angielskich obyczajów. Oraz, co najważniejsze, jako widz mogłam mieć pewność, że wszystko zmierza ku dobremu końcowi. Wiadomo jest, że każdy z bohaterów musi uzyskać swoje szczęśliwe rozwiązanie, że wszystkie problemy zostaną pozytywnie rozwiązane. Twórcy serialu wychodzili naprzeciw oczekiwaniom o wciągającej, ale lekkiej produkcji.

Zapewne dlatego od razu przywiązałam się do tego serialu. Odwiedziny w Downton były rodzajem ucieczki od rzeczywistego świata, czyli jedną z najlepszych rzeczy, jakie może zaoferować kultura. Zanurzenie w nierealnej rzeczywistości daje odprężenie i przyjemność, może nieszczególnie intelektualną, może niezbyt wysokich lotów – ale przecież nie o to chodzi. A świat przedstawiony w serialu faktycznie czasami odbiegał od realizmu. Nie chodzi tutaj o elementy historyczne czy warstwę wizualną – zwłaszcza o tę druga zadbano ze szczególną pieczołowitością. Jednak sama fabuła z każdym kolejnym sezonem przybierała zarówno na dramatyczności, jak i na przesadnej idealizacji.

recenzja finału downton abbey

Pierwsze z tych zjawisk sprawiało, że Dowton Abbey zaczynało balansować na granicy, nazwijmy rzecz wprost, romansidła. Patrząc obiektywnie – liczba dramatycznych zwrotów akcji, jaka stawała się udziałem bohaterów, zostawiła daleko w tyle granicę prawdopodobieństwa. Liczba romantycznych uniesień i nieoczekiwanych związków również była wysoka. Patrząc jednak subiektywnie – czy to źle? Mnie osobiście ta przesada nie przeszkadzała. Oglądając, mogę dać się pochłonąć emocjonalnym zawirowaniom bohaterów. Nie odczuwam przesady, przeciwnie, uważam uproszczenia, jakimi operuje serial, za odpowiednie do kreowania miłej rozrywki. Nie twierdzę, że tej przesady i tych uproszczeń nie ma – po prostu ja nie mam z nimi problemu, oczekuję nieskomplikowanej, ale wciągającej historii i to właśnie dostaję.

Drugą kwestią jest zupełnie nierealne traktowanie kwestii społecznych. Przede wszystkim relacje pomiędzy państwem przedstawione są w sposób przesadnie pozytywny. Jak gdyby wszyscy żyli w nieustającej harmonii i jedności, z tym jedynie rozróżnieniem, że jedni pracują dla drugich. Nie kwestionuję życzliwości i dobrego traktowania, ale obopólna przyjaźń, dogłębne zaufanie, żywe zainteresowanie swoim życiem – wszystko to doprowadzone było do przesady, czyniąc z Downton sielankowe, nierealne wręcz miejsce. Czasami jednak dobrze było zanurzyć się w świecie, w którym najpoważniejsze problemy społeczne mogą zostać rozwiązane jednym miłym spojrzeniem, a twój pracodawca okazuje się twoim najserdeczniejszym powiernikiem.

Tego rodzaju historie, podane w pięknej formie, odwołują się do drzemiącej w każdym z nas potrzeby idealizacji A na pewno drzemiącej we mnie, i przebudzającej się na każdy odcinek. Rozsądnie patrząc, wiem, że nie tak wyglądała rzeczywistość sto lat temu. Ale czy to musiało wpływać na przyjemność z oglądania takiego, a nie innego serialu? Potrzeba mitu jest silnie zakorzeniona w człowieku, a opowieść ukazująca dramatyczne, acz szczęśliwie zakończone historie miłosne doskonale na nią odpowiada. Dodając do tego operowanie pięknem otoczenia, za którym także łatwo jest zatęsknić – mamy przepis na serial idealny.

You may also like

  • Danka Ce

    Mała errata co do relacji społecznych: jasne, że na pewno nie wszystko wyglądało tak jak w Downton, ale to wcale nie znaczy, że życzliwych, a czasem nawet serdecznych relacji pomiędzy państwem i służbą nie było. Zwłaszcza w domach arystokratycznych te relacje bywały nieraz bardzo ciepłe, a pozostałość to jeszcze przed-dziewiętnastowiecznych czasów. 😉 U burżuazji było, rzecz jasna, inaczej. 😉

    • Rozumiem, o co Ci chodzi 🙂 Ja miałam na myśli to, że mimo wszystko jest różnica, między ciepłą relacją a wręcz idylliczną przyjaźnią. Aczkolwiek przyjrzę się temu raz jeszcze przy drugim oglądaniu, które pewnie wkrótce nastąpi 😀

      • kaska

        … a gdzie to można obejrzeć, bo googlam, googlam i nic 😉

        • Gdzieś na pewno można, wszystkie sezony są na pewno na chomiku. Wiem też o osobach, które oglądają on-line. A przez jakiś czas było w polskiej telewizji nawet. W moim domu rodzinnym są 4 pierwsze sezony i czekamy na wydanie następnych, żeby móc wracać na spokoju. Popytaj, może ktoś ze znajomych też ma 🙂

  • Przyznaję, że najbardziej podobały mi się dwa pierwsze sezony. Co tu dużo mówić, fabuła była tam por prostu…
    ciekawsza. Dużo poważniejsza intryga (momentami wręcz… polityczna), no i oczywiście wojna. Co chyba zrozumiałe, aspekt romansidłowy pociągał mnie najmniej.

    Ostatecznie więc, co mi się najbardziej podobało w Downton Abbey? Pewna wizja ładu społeczeństwa, ładu hierarchicznego, gdzie każdy komuś (albo czemuś) służy i ta służba go cieszy. Dlatego też nic dziwnego że moimi ulubionymi postaciami była hrabina wdowa i Pan Carson, a denerwowały mnie różne progresywistyczne wstawki.

    Ostatecznie nie jest to opowieść o służbie publicznej arystokracji i cnocie, a szkoda. Uważam, że taka opowieść musi kiedyś powstać. Miałem kiedyś plan napisać interpretację „Gry o tron” w tym duchu, acz zdaję sobie sprawę, że byłaby to interpretacja dość karkołomna i najprawdopodobniej sprzeczna z intencjami autora.

    • Owszem, zrozumiałe, że zawirowania obyczajowe były dla mężczyzny mniej ciekawe 😉 Natomiast zgadzam się z tym, że jest to wspaniała ilustracja porządku społecznego, ustalonego i pewnego. Czegoś, czego bardzo brak w dzisiejszym świecie, a czego pewnym przejawem było uporządkowanie na przykład w dziedzinie estetyki zewnętrznej. Tamten świat był po prostu spójny – i dlatego tak dobrze się go odwiedzało.

      • Inna sprawa, że była to ta epoka, kiedy formy, nawet czasem (acz tylko czasem) słuszne, prawie zawsze były już wyprane z treści (co widać choćby w scenie modlitwy Mary i tego, jaką konsternację wzbudziła u jej siostry). Cywilizacja, ład społeczny i tym podobne są wartością o tyle, o ile służą dobru najwyższemu…

        W XIX wieku uważano pewne rzeczy za naturalne – stąd, by uniknąć chaosu, wymyślono pozytywizm prawniczy (tylko spisane i poprawnie promulgowane prawo państwowe jest prawem). Nawet nie sto lat później to, co dla nich wydawało się oczywiste, przestało takie być i nowe, uchwalone zgodnie z zasadami sztuki i wszelką procedurą prawa okazały się być bezwstydnie bezbożne…

        Dlatego nic nie przetrwa, jeśli jego rdzeniem i sensem nie będzie to, co najważniejsze.

        • Wszystko prawda, niemniej wobec samych form i braku nawet tychże – wolę odpoczywać w świecie choćby z formami. Ale serial z XIX wieku jest następnym w kolejce do recenzji – tylko tam polityki nie uświadczysz 😉

    • Danka Ce

      Właśnie dlatego mnie bardzo denerwowały te kolejne sezony, w których na siłę próbowano pokazać, jakie to Downton jest niehomofobiczne, filosemickie, postępowe i w ogóle. Tak jakby próbowano przekonać „tych po drugiej stronie barykady”, że „arystokraci to w sumie spoko ziomeczki”. Zupełnie mija się z celem.

  • Abstrahując od moich poprzednich rozważań chciałbym dodać, że eskapizm, jakkolwiek niezwykle kuszący (a niech mi Panie wierzy – zaiste wiem o czym mówię!), jest śmiertelnie niebezpieczny. Naszym powołaniem jest wszak walka (tak, niewiasty też, acz w innej formie), a ziemia przecież płonie i bronimy ostatnich szańców Okopów Świętej Trójcy i od nas – od tego, czy będziemy współpracować z łaską – zależy, czy one padną, czy też odeprzemy atak i wyjdziemy z kontrofensywą.
    Zdaję sobie sprawę, że Pani świetnie zdaje sobie z tego zdaje sprawę, ale, by dopełnić obraz, przypominam.