Camino w spódnicy


Filozofia spódnicy / środa, Kwiecień 27th, 2016

Spośród wielu okrzyków zdumienia, jakie towarzyszyły naszej Drodze Świętego Jakuba, jednym z najczęstszych było: „Jak to, przeszłaś całe Camino w spódnicy?”. Owszem, tak było, i dla mnie nie stanowiło to nic niecodziennego. Skoro jednak, najwyraźniej, dla wielu dziewcząt może stanowić to wyzwanie, chciałabym nakreślić praktyczne strony takiego podejścia. A jeśli się uda, również zachęcić do prób dostosowania kobiecego stroju do tego rodzaju aktywności fizycznych.

camino w spódnicy

Ponieważ nie noszę spodni od ładnych kilku lat, nie miałam problemu z decyzją. Nie była to ani nasza pierwsza wyprawa, ani nawet pierwsze Camino – jednak pierwsze tak długie i tak poważne przedsięwzięcie. Musiałam zatem dobrze rozważyć, co ze sobą wezmę, jakie sztuki odzieży, skoro miały mi służyć przez niemal dwa miesiące, w różnych okolicznościach i przy różnej pogodzie. Dotychczasowe doświadczenie podróżnicze całkiem nieźle podpowiadało, miałam zresztą swoje ulubione, wręcz „dyżurne” elementy stroju na mniejsze i większe wyprawy. Nie będę się tutaj rozwodzić nad doborem obuwia, kurtki czy plecaka. Można znaleźć mnóstwo informacji na ten temat w internecie, a i tak każdy sam wie najlepiej, co mu odpowiada. Powiem tylko, że sama zdecydowałam się na sandały trekkingowe (którym zresztą jestem wierna od wielu lat, i mimo pewnych obaw, zdały egzamin także w tak wymagającej trasie), porządną kurtkę górską oraz plecak o pojemności 35L. Ale wszak nie o sprzęcie to wpis, tylko o spódnicach.

Długo się wahałam, czy zabrać trzy, czy też cztery kiecki. Trzy wydawało mi się rozsądną liczbą, nawet przy założeniu, że jedna z nich miała być nieco krótsza, na najgorsze upały. Zdecydowałam się jednak i na czwartą, „w razie czego” – i bardzo dobrze, bo owo „w razie” nastąpiło. A mianowicie, jedna ze spódnic zaczęła się przecierać. Ze starości, nie dość, że pochodzi ona z second-handu i, sądząc po wykonaniu, ma swoje lata, to jeszcze eksploatowałam ją bardzo mocno w rozmaitych podróżach. Zatem mimo takiej straty, pozostałam z dostateczną liczbą. Podsumowując zatem – nawet gdy niesiesz cały swój bagaż na plecach, dobrze mieć jakąś rezerwową sztukę odzieży. Chyba że masz pewność, że w razie czego zdoła się taką kupić – ja takiej pewności na Camino mieć nie mogłam. Oczywiście niezależnie od możliwości zaopatrzenia czy ich braku, nie należy przesadzać z ilością rzeczy „na wszelki wypadek”.

camino w spódnicy

Dobór odzieży do siebie był jednocześnie łatwiejszy i trudniejszy. Łatwiejszy, bo tak naprawdę za dużego wyboru nie było – w związku z ograniczeniem ilości rzeczy nie mam też zbyt wiele tych podróżnych. Trudniejszy jednak – bo mimo wszystkich ograniczeń, chciałoby się jednak „jakoś” wyglądać. Oczywiście nie jest to najważniejsze, a podróż to nie wybieg mody, dlatego piszę jedynie „jakoś” – bo tak naprawdę w podróży uroku dodaje nie dopracowany styl, ale entuzjazm i szczery uśmiech (co nie zwalnia jednak z wyglądu schludnego i czystego). Do występujących na powyższych zdjęciach spódnic dobrałam dwie koszulki trekkingowe (wybór kolorystyki niestety pozostawia wiele do życzenia, skończyłam z różową i turkusową), dwie dzianinowe na popołudnia (już w spokojniejszych kolorach) oraz bluzę i lekki sweter. Do tego wielofunkcyjna bawełniana chusta i jeszcze bardziej wielofunkcyjny buff. Wystarczyło spokojnie na 40 dni wędrowania oraz kilkanaście poświęconych na dotarcie, powrót oraz wypoczynek w trakcie.

Jeśli chodzi o funkcjonalność takiego rozwiązania – cóż, jestem w końcu osobą, która uważa kiecki za najlepszą odzież dla kobiety. Spódnice wybrane przeze mnie były bawełniane lub bawełniano-wiskozowe. Co za tym idzie, były przewiewne w upale, a po deszczu lub praniu schły bardzo szybko. Ich szerokość zapewniała komfort ruchu (i miłe chłodzenie w gorącu), zaś długość chroniła nogi przed poparzeniem słonecznym (zwłaszcza wrażliwe miejsce z tyłu kolan). Nie był jednak zbyt długie, a więc nie sprawiały trudności na bardziej wymagających podejściach górskich, które na trasie Camino też się zdarzają. A wreszcie ostatnim, może nie najważniejszym, ale bardzo miłym aspektem, było poczucie ładnego i kobiecego wyglądu. Spotykało się to nieraz z życzliwą reakcją innych pielgrzymów, którzy dopytywali o motywację, zachwycali się czy po prostu gratulowali podejścia. Bywałam też zapamiętywana jako „ta Polka w spódnicy”, a niejedna ze spotkanych kobiet postanowiła rozważyć zabranie spódnicy na następne Camino.

Słowem – same pozytywy. Zatem ilekroć ktoś pyta, czy da się przejść Camino w spódnicy, odpowiadam, że jak najbardziej. Polecam to wszystkim dziewczynom rozważającym taką czy inną pielgrzymkę, a nawet zwykłą wędrówkę pieszą, czy to nizinną, czy górską. Osobiście nie zamierzam z tego zrezygnować, obojętnie na jak długą wyprawę przyjdzie mi się wybrać.