Ktoś powiedział „baśnie”?

Oczekiwanie na premiery filmowe jest zawsze bardzo miłą rozrywką, tym milszą, im cząściej można rozkoszować się oglądaniem trailerów i dyskutowanie o nich. Ostatnie dni uraczyły mnie dwoma obiecującymi zapowiedziami, dołożę do tego trzecią, już bardzo bliską spełnianie, tworząc tym samym obraz kolejnego sezonu z „modą na baśniowość”. Opowiadanie i re-opowiadanie baśni zawsze istniało, ale wysyp interesujących probukcji ostatnich lat – cóż, może tylko cieszyć każdego wielbiciela „baśniowości”. Zaliczam się do nich i ja, a szczególne zainteresowanie budzą we mnie – oprócz oczywiście samej treści i wizualizacji – schematy przetwarzania, czyli to, co stanowi o ciągłej żywotności danego tematu.

Zaczynając od najbliższej już premiery, Into the Woods – disneyowska wersja musicalu pod tym samym tytułem. Wersji musicalowej nie widziałam, i zastanawiam się, czy chcę nadrabiać, czy może lepiej dać się zaskoczyć filmowi. Zwiastun pokazuje zarówno plejadę gwiazd (od Meryl Streep ucharakteryzowanej na czarownicę bardziej fascynuje mnie Johnny Depp w roli Wilka – wygląda, jakby był stworzony do tej kreacji), ale przede wszystkim obiecuje wciągającą mieszankę wątków baśniowych, czyli to, co lubię najbardziej. Sądzę, że ciekawe może być zestawienie tego filmu z serialem Once Upon a Time (moją najulubieńszą wersją retellingów). Format oczywiście zupełnie odmienny, ale mimo wszystko porównanie może wypaść interesująco. W kinach już na Boże Narodzenie, doskonały prezent świateczny!

into the woods, w głębi lasu, disney 2014, merysl streep, baśnie, baśniowość
Przepięknie skomponowana grafika tytułowa, nie wiem, dlaczego, ale podoba mi się szalenie.

Dalej idą dwie produkcje zapowiedziane na przyszły rok. Kopciuszek będzie zapewne tradycyjną baśnią filmową, przeniesieniem znanej fabuły – istniałaby duża obawa sztampowości, gdyby nie reżyser, Kenneth Branagh. Po nim można się spodziewać absolutnie wszystkiego. Mam też niewielki problem z obsadą: Helena Bonham Carter jest w moim umyśle zbyt spleciona z postacią Bellatrix Lestrange oraz Królowej Kier – zatem gdy pojawiła się w zwiastunie jako wróżka chrzestna, miała usilne wrażenie, że zaraz wywinie jakiś numer. Zaś Lily James, tożsama dla mnie z lady Rose z Downton Abbey, wydaje mi się nieco zbyt infantylna do tytułowej roli. Niemniej bardzo chciałabym się mylić i wyczekuję seansu z niecierpliwością.

kopciusze, cinderella, disney

I wreszcie ostatnia zajawka, znajdująca się już na pograniczu baśniowości – nie tyczy się bowiem nie tyle ponownej wersji baśni sensu stricto, co fantastycznej opowieści dziecięcej. Mowa o stworzonej przez J. M. Barriego postaci Piotrusia Pana, która – wielokrotnie przenoszona na ekran – tym razem trafi do filmu o „początkach legendy”. Trailer produkcji, zatytułowanej po prostu Pan”, jest znakomicie skonstruowany. Sama idea budzi jednak pewne obawy. Dopisywanie rozmaitym postaciom i historiom początków jest bardzo popularne i może wypaśc bardzo rozmaicie. Tutaj – trudno przewidzieć. Zapowiedziana historia sama w sobie wciąga, ale nie sposób przecież na nią patrzeć w oderwaniu od książek. To znaczy, może być od nich oderwana, ale wtedy musi się bronić samodzielnie, jako naprawdę dopra historia, albo przynajmniej w kategorii guilty pleasure. Co będzie, zobaczymy.

Continue Reading

Dalsze losy dalszych ciągów

Okres wczesnoszkolny to czas niezwykle płodny literacki. Wtedy tworzyłam najbardziej wiekopomne dzieła, spisywane ręcznie i pieczołowicie na skrawkach papieru, i nigdy nie dokończone. Do dziś mam w pamięci powieść o życiu szkolnym, która nieświadomie piętnować miała rozwarstwienie społeczne: bohaterki były albo z obrzydliwie bogatych, albo rozpaczliwie ubogich rodzin (świadomie utwór ten miał przede wszystkim pławić się w opisach wyobrażonego dobrobytu, którego kwintesencją był basen wypełniony poduszkami). Bohaterki, bowiem chłopcy najwyraźniej istnieli w mojej świadomości jedynie jako niezbyt wdzięczne tło. Druga powieść opisywać miała losy rodzeństwa trafiającego do sierocińca – samo to słowo ujawnia złowrogośc planowanej fabuły oraz silną inspirację leżącą gdzieś pomiędzy Dziwnymi losami Jane Eyre oraz Tajemniczym opiekunem, a także całą literaturą gloryfikującą bezbrzeżną dobroć serduszek pogardzanych sierot. Historia antycypowała także wątki prześladowania za wiarę – bohatera po dotarciu do rzeczonego przybytku (oczywiście karetą, oczywiście poprzez głucho zatrzaskującą się bramę, umiejscowienie czasoprzestrzenne nie spędzało mi snu z powiek) pozbawiona zostaje – z przyczyn bliżej niesprecyzowanych – pamiątkowego krzyżyka po matce. Trzecie historia w zamyśle miała być epopeją fantastyczną (dziwnym trafem zbiegło się to w czasie z ukończeniem pierwszej w życiu lektury Tolkiena), ale już pierwszy rozdział ujawnił mój podstawowy problem pisarski: niezdolność do konstruowania sensownej fabuły. Była wreszcie powieść z czasów gimnazjalnych, o dziwo ukończona, która stanowiła emanację nigdy nie przeżytego nastoletniego romansu. Problem z tworzeniem ciągów przyczynowo-skutkowych i spójnego prowadzenia akcji rozwiązałam w stylu iście aleksandrowym: opisywałam jedynie interesujące kawałki (porozdzielane gwiazdkami), silnie korzystając w funkcji pamiętnika, niejako antycypując tym samym powieści fejsowo-smsowe.

Ale prawdziwym przełomem i źródłem natchnienia okazał się moment, w którym nauczycielka polskiego zaleciła opisać dalsze losy Janka Muzykanta, oczywiście w formie alternatywnej, zakładającej przeżycie głównego bohatera. Wypracowanie, nie dość że zebrało doskonałą notę, wpłynęło bardzo silnie na mój dalszy rozwój literacki. Nauczycielki szkoły podstawowej lubowały się w wypracowaniach o tematyce futurystyczno-alternatywnej – nie było chyba bohatera lekturowego, zwłaszcza z literatury pozytywistycznej, któremu nie dopisałabym „dalszego ciągu”.

Koncepcja samodzielnego tworzenia w obrębie istniejącego już uniwersum powróciła kilka lat później, ze zdwojoną siłą, po obejrzeniu włoskiego serialu fantastycznego Fantaghiro (produkcja jest zaiste fantastyczna i wszystkim ją polecam). Zrodziło się we mnie silne pragnienie kontynuowania przygód głównych bohaterów. Niestety, emisja telewizyjna sprawiła, że wiele aspektów świata przedstawionego mi uciekło, a jakoś nigdy nie ośmieliłam się napisać do TVP1 z prośbą, aby uprzejmie nagrali mi ten serial na kasety VHS i przysłali. Cóż, w mojej świadomości internet jeszcze nie istniał, więc sytuacja była bez wyjścia.

Minęło kilka kolejnych lat, w domu zagościł modem neostrady i objawił się tajemniczy a znaczący wpływ książek o Harrym Potterze na moje życie, o którym pisałam ostatnio. Pewnego dnia odkryłam zjawisko fanfiction i zachłysnęłam się nic. Czytelnictwo polegało na skomplikowanym procederze łączenia się z internetem, zapisywania szeregu stron i późniejszego czytania ich offline (wiecie, ile opowiadań można zapisać w ciągu przydzielonej godziny z TP?!). A po jakimś czasie w moim umyśle nastąpiło skojarzenie godnej archmedesowskiej heureki.

To przecież zupełnie to samo!

Janko Muzykant dziarsko ruszający w świat to przecież klasyczne alternative universe. Janko spotykający prusowego Antka to typowy crossover. Ania Shirley odwiedzająca mnie w domu to nieco egotyczne real person fiction (z silnymi elementami marysueizmu). Aż chciało się zakrzynkąć, że wszystko już było.

Ale ta obserwacja miała dalsze konsekwencje aniżeli tylko krzepiące poczucie przynależności i wspólnoty doświadczeń (jak się okazje, niemal wszyscy czytelnicy i widzowie w pewnym momencie przeżywają przemożną potrzebę wzięcia losów bohaterów w swoje ręce). Pojawia się zatem pytanie, gdzie leży granica kwalifikowania tego rodzaju ekspresji odbiorcy do fanfiction. Czyli innymi słowy – co jest, a co nie jest fanfikiem. Wiąże się to nieco z moimi wcześniejszymi rozważaniami o naukowym fangirlowaniu – to nadal to samo pytanie, jaka jest zasada podziału dzieł posiadających swój fandom i nieposiadających go. „Fandom Pana Tadeusza” brzmi dość surrealistycznie, ale co jeśli silnie przeżywałam tę lekturę i pisałam opowiadania parujące Tadeusza z Telimeną? Nie potrafię póki co precyzyjnie odpowiedzieć na te wątpliwości. Na pewno jednak wyjaśnienie istnieje, na pewno ktoś już dawno je sformułował. W końcu wszystko już było.

Continue Reading

Dziesięć książek, które…?

książki czytanie kanon galaktyka gutenberga arcydzieło

Jakiś czas temu przez portale społecznościowe przewinęła się mania wymienianiu dziesięciu książek. Miały być to książki „najważniejsze” (cokolwiek to znaczy), najbardziej wpływowe, a może ulubione w dzieciństwie. Zasady płynne, i każdy wymieniający interpretował je po swojemu.  I mnie zdarzyło się wymienić listę, którą potem nieustannie miałam ochotę zmieniać. Teraz postanowiłam ją zebrać i podsumować. Ot, tak, aby nie zaginęła w efemeryczności internetowej. Dziesięć książek, bez których byłabym kimś innym. Porządek ściśle losowy.

Continue Reading

Epicki zwiastun nie-Hobbita

Istnieje pewna kategoria rozrywek, wobec których staję się bezkrytyczna. Może nie absolutnie, ale całkiem blisko temu. W takim dziele absurd czy niekonsekwencja musiałyby sięgnąć zenitu, żebym je w ogóle zauważyła. Podobny związek, idealnie wpisujący się w angielski frazeologizm guilty pleasure, posiadam w Jacksonowymi ekranizacjami dzieł Tolkiena. Ustalając fakty. Tolkien był geniuszem. Jackson nie. Książki to arcydzieła. Filmy nie. Ale nie przeszkadza mi to świetnie się bawić.

Przede wszystki, ten zwiastun jest świetnie zmontowany. Poprzednie były dobre, ten wprost zapiera dech w piersiach. Widoki, rozmach, przystojne krasnoludy, wzniosłe kwestie – czego chcieć więcej. Mnie potrzeba jeszcze tylko dobrego romansu – zatem zaliczam się do wąskiej grupy wielbicieli rudej elfki. Ruda elfka to archetyp nastoletnich wyobrażeń ogólnej wszechwspaniałości. A fizjonomia Kiliego mówi sama za siebie.

Książki Tolkiena wywarły ogromny wpływ na moje myślenie. Pierwsze filmy to było zachłyśnięcie się krajobrazami, muzyką i ogólną wizualizacją dotychczasowych. Potem pojawiały się coraz większe rozbieżności, aż wreszcie przy Hobbicie trzeba było zdecydować: albo zasapać się przy udowadnianiu, że „w książce było inaczej”, albo przyjąć, że Śródziemie Jacksona nie jest Śródziemiem Tolkiena. I dobrze się bawić.

Przyjęłam drugą opcję. Jest fantasy, jest Nowa Zelandia, są estetyczne krasnoludy, jest Legolas i jego sobowtór, jest piękna muzyka – jest dobrze. Nie mogę się doczekać, a z drugiej strony żałuję, że to będzie #onelasttime. Wspaniale jest móc jeszcze raz pooddychać powietrzem Śródziemia, poczuć ten rozmach i epickość, która – dla mnie – w żadnej innej produkcji nie jest równie epicka i z równie wielkim rozmachem. Nie zgadzam się, że to profanacja czy inne zbeszczeszczenie. Książkom to nic nie ujmie. Filmy to osobne dzieła, które mogą posługiwać się inna poetyką i używać innych chwtów. Jestem pewna, że Profesor Tolkien też by to zrozumiał i równie dobrze bawił się na seansie, popalając swoją fajkę.

Continue Reading

Między fangirlizmem a naukowością

Rozważania zwierza na temat przebiegu konferencji o kulturach fanowskich, w których zastanawia się, jako to jest badać naukowo coś, co się fangirluje kocha, zainspirowały mnie do rozmyślań. O tym, gdzie ja sama mieszczę się w spektrum pomiędzy tymi dwoma postawami, o ile w ogóle one mają jakieś spektrum i o ile muszą się wykluczać. Kwestię tę najłatwiej jest zaprezentować na przykładzie konferencji naukowych

Czasami trudno jest mówić o tym, co porusza do głębi albo jest uwielbiane. Widywałam już referaty świadczące o tym, że prelegentowi konferencja pomyliła się z konwentem – jedyna różnica nie może polegać na tym, że dają lepiej punktowane zaświadczenia. Odczuwanie silnych emocji (zazwyczaj pozytywnych) względem jakiegoś dzieła to za mało, aby zajmować się naukowo danym tematem. Aspekty wiedzy tajemnej, takie jak narzędzia badawcze, metodologia czy teoria (przyznaję, dla mnie samej czasem przypomina to czarną magię), są niezbędne, aby zrealizować coś ponad emocjonalne opowiedzenie fabuły oraz wytropienie nawiązań.

Z drugiej zaś strony – nie wyobrażam sobie zajmowania się czymś, co nie pasjonuje, nie sprawia dzikiej satysfakcji. W literoznawstwie i pokrewnych, nie pojmuję, jak można poświęcić kilka lat swojego życia jakiemuś autorowi, dziełu, zjawisku – i nie odczuwać z tego przyjemności intelektualnej (pomijając epizodyczne napady nienawiści, jakże często doświadczane). Ale gdzie zatem leży granica fanostwa, jaka jest zasada podziału na fandom i nie-fandom? Innymi słowy, czy nieokiełznana namiętność ku dziełom Słowackiego to także fangirlizm?

Prawdopodobnie istnieje milczące założenie, iż fanostwo tyczy się jedynie kultury popularnej. Ale znowuż pojawia się to samo pytanie: gdzie jest granica? Jakimi zasadami miałoby się rządzić zaliczanie czegoś do takiego czy innego rejestru popkulturowego? Współczesne formy istnienia kultury mnożą pytania, na które na razie nie znajduję odpowiedzi.

Przyjmijmy jednak, że naukowe zajmowanie się serialami z całą pewnością ma w sobie coś z fangirlizmu. Kiedy pierwszy raz referowałam na temat Doctora Who, spotkałam się z zarzutem „za dużo fangirlowania”. Przy dość luźnej formule konferencji to poważny zarzut. Zachowanie właściwej równowagi to zadanie karkołome: kusi szczegółowej opisanie całego uniwersum, kusi zaprezentowanie atrakcyjnych zdjęć wszystkich ulubionych postaci drugoplanowych, kusi wrzucenie jeszcze tylko jednego mema. Oczywiście, poza konferencją branżową nie możemy zakładać znajomości dzieła i jakieś wprowadzenie w temat musi mieć miejsce. Niemniej referat nie może mieć na celu zachęcenia kogokolwiek do zapoznania się z danym utworem (choć dokonanie tego jest niewątpliwym sukcesem!). Dobry referat musi przedstawiać jakieś założenia i realizować je za pomocą określonych narzędzi. Dobry referat to coś więcej niż przedstawienie fabuły oraz pokazanie absolutnie prześlicznych obrazków.

Mimo posiadania określonych zainteresowań badawczych, jakimi są reception studies, wciąż borykam się ze znalezieniem właściwej formuły prezentowania swoich badań. Takiej, która pozwoli zainteresować, ale z drugiej strony nie narazi się na zarzut niepoważności i nienaukowości. Nakłada się na to pewien zrozumiały opór środowisk naukowych przed uznaniem nowych mediów za równie wartościowy obiekt badań co dorobek literacki minionych epok. Tym jednak uważniej należy dobierać środki do mówienia i pisania o tym – aby nie ulegało wątpliwości, że i w fangirlowaniu jest metoda.

Continue Reading

Błysk w gąszczu mroku, czyli taki sobie retelling

In the Forest of the Night udało mi się obejrzeć bardzo szybko (to znaczy szybciej, niż zazwyczaj!), unikając lektury jakiejkolwiek recenzji czy spoilerów. Tytuł i plakat obiecywały interesującą zabawę ideą lasu, ale żadnych większych oczekiwań nie miałam. Ujrzawszy więc  przemykającą wśród gęstwiny dziewczynkę w czerwonym kapturku, wydałam z siebie okrzyk radości. Zapowiadało się naprawdę dobrze. Wszak Doktor eksploruje nie tylko historię, zagłębia się także w świat naszych wyobrażeń i legend. Czemuż zatem nie miałby zbłądzić tym razem do jakiegoś Zaczarowanego Lasu? Co prawda jedno takie miejsce już było, ale miało ono ściśle literackie konotacje (The Doctor, the Widow and the Old Wardrobe).

Maebh Arden, Doctor Who 8x10, In the Forest of the Night
Mały czerwony płaszczyk w wielkim podejrzanym lesie

Lecz niestety, odcinek nie jest taki, jakby się chciało, żeby był. Czuję rozczarowana przede wszystkim zmarnowanym potencjałem na grę z baśniową konwencją. Rewelacyjny trop opozycji mała dziewczynka versus wielki groźny las nie znajduje satysfakcjonującego rozwinięcia. Baśniowość zostaje sprowadzona do poziomu żartobliwej inkrustracji, jednak po tak sugestywnym otwarciu, jakim jest ujęcie biegnącej przez las Maebh, pozostaje uczucie niedosytu.

Kilka rzuconych tu i ówdzie aluzji baśniowych nie jest w stanie zadowolić. Mamy – niezwykle standardowo – atakujące wilki. Ponownie, zestawienie tego z naszą little red riding hood zapowiada się obiecująca – ale nic z tego. Wilki zbudują trochę grozy i właściwie przysłużą się tylko wprowadzaniu tytułowego, blake’owego tygrysa. Tenże metatekstualny bohater jest tutaj chyba najfajniejszym nawiązaniem: ma swoje miejsce, swój sens i nie próbuje udawać czegoś więcej.

 

Doctor Who 8x10 In the Forest of the Night recenzja
Doctor&Maebh

Dalej nasza bohaterka rozrzuca po lesie swoje przybory szkolne, jakby znacząc drogę okruszkami – ale jakoś podane na tacy nawiązanie nie bawi, nie cieszymy się, że Doktor wie, że my wiemy. Clara zaś wyraża obawę, że wkrótce napotka domek z piernika – i daje to tak samo nijaki efekt. Jest jeszcze uwaga na temat lasu pojawiającego się w ciągu nocy – iż niemożliwe jest, aby bohaterowie spali tak długo, niczym Śpiąca Królewna. Ale znowu, jak wszystkie poprzednie, to tylko żartobliwa inkrustracja, w ogóle niepociągnięta dalej, i – szczerze mówiąc – sprawia wrażenie wciśniętej na siłę. Warto jeszcze zwrócić uwagę na imię głównej bohaterki: Maebh, zaczerpnięte z mitologii irlandzkiej, sugerujące zatem pewną niezwykłość; i nazwisko Arden, kojarzące się z Lasem Ardeńskim, jednym z największych i najsłynniejszych w Wielkiej Brytanii.

I to las jest chyba najciekawszym bohaterem odcinka. Jego niezwykłe pojawienie się w ciągu jednej nocy oczywiście jednoznacznie kojarzy się z Lasem Birningham (zapętlenie szekspirowskie jest tu o tyle interesujące, że i Las Ardeński wystąpił w twórczości Barda, w Jak wam się podoba).  Las, miejsce niezwykłe, tajemnicze, budzące grozę. W niezliczonych historiach kreuję atmosferę przygody i fantastyczności. Niestety, samo wrażenie to za mało, aby stworzyć spójną opowieść.

Doctor Who 8x10, In the Forest of the Night
Las taki straszny

Odcinek pozostawia smutne wrażenie zmarnowanego potencjału. Nie jest zły – wciąga, bawi, nawet trochę wzrusza. Nie daje jednak takiej radości ze śledzenia nawiązań, jak najlepsze odcinki bazujące na grze z konwencją, jak chociażby The Shakespeare Code. Tutaj mamy obiecujący wstęp, z którym nic nie jest dalej zrobione. Jakby scenarzyści nie mogli się zdecydować, czy chcą postawic na zabawę z retellingami baśni, czy może są zainteresowani tylko baśniowymi name-drops. Niestety, zatrzymanie się w pół drogi pomiędzy jednym a drugim wyszło nieciekawie i rozczarowująco właśnie. Mamy tytułowy przebłysk – ale żaden tygrys nam się nie wyłania. A szkoda.

Continue Reading