Dalsze losy dalszych ciągów

Okres wczesnoszkolny to czas niezwykle płodny literacki. Wtedy tworzyłam najbardziej wiekopomne dzieła, spisywane ręcznie i pieczołowicie na skrawkach papieru, i nigdy nie dokończone. Do dziś mam w pamięci powieść o życiu szkolnym, która nieświadomie piętnować miała rozwarstwienie społeczne: bohaterki były albo z obrzydliwie bogatych, albo rozpaczliwie ubogich rodzin (świadomie utwór ten miał przede wszystkim pławić się w opisach wyobrażonego dobrobytu, którego kwintesencją był basen wypełniony poduszkami). Bohaterki, bowiem chłopcy najwyraźniej istnieli w mojej świadomości jedynie jako niezbyt wdzięczne tło. Druga powieść opisywać miała losy rodzeństwa trafiającego do sierocińca – samo to słowo ujawnia złowrogośc planowanej fabuły oraz silną inspirację leżącą gdzieś pomiędzy Dziwnymi losami Jane Eyre oraz Tajemniczym opiekunem, a także całą literaturą gloryfikującą bezbrzeżną dobroć serduszek pogardzanych sierot. Historia antycypowała także wątki prześladowania za wiarę – bohatera po dotarciu do rzeczonego przybytku (oczywiście karetą, oczywiście poprzez głucho zatrzaskującą się bramę, umiejscowienie czasoprzestrzenne nie spędzało mi snu z powiek) pozbawiona zostaje – z przyczyn bliżej niesprecyzowanych – pamiątkowego krzyżyka po matce. Trzecie historia w zamyśle miała być epopeją fantastyczną (dziwnym trafem zbiegło się to w czasie z ukończeniem pierwszej w życiu lektury Tolkiena), ale już pierwszy rozdział ujawnił mój podstawowy problem pisarski: niezdolność do konstruowania sensownej fabuły. Była wreszcie powieść z czasów gimnazjalnych, o dziwo ukończona, która stanowiła emanację nigdy nie przeżytego nastoletniego romansu. Problem z tworzeniem ciągów przyczynowo-skutkowych i spójnego prowadzenia akcji rozwiązałam w stylu iście aleksandrowym: opisywałam jedynie interesujące kawałki (porozdzielane gwiazdkami), silnie korzystając w funkcji pamiętnika, niejako antycypując tym samym powieści fejsowo-smsowe.

Ale prawdziwym przełomem i źródłem natchnienia okazał się moment, w którym nauczycielka polskiego zaleciła opisać dalsze losy Janka Muzykanta, oczywiście w formie alternatywnej, zakładającej przeżycie głównego bohatera. Wypracowanie, nie dość że zebrało doskonałą notę, wpłynęło bardzo silnie na mój dalszy rozwój literacki. Nauczycielki szkoły podstawowej lubowały się w wypracowaniach o tematyce futurystyczno-alternatywnej – nie było chyba bohatera lekturowego, zwłaszcza z literatury pozytywistycznej, któremu nie dopisałabym „dalszego ciągu”.

Koncepcja samodzielnego tworzenia w obrębie istniejącego już uniwersum powróciła kilka lat później, ze zdwojoną siłą, po obejrzeniu włoskiego serialu fantastycznego Fantaghiro (produkcja jest zaiste fantastyczna i wszystkim ją polecam). Zrodziło się we mnie silne pragnienie kontynuowania przygód głównych bohaterów. Niestety, emisja telewizyjna sprawiła, że wiele aspektów świata przedstawionego mi uciekło, a jakoś nigdy nie ośmieliłam się napisać do TVP1 z prośbą, aby uprzejmie nagrali mi ten serial na kasety VHS i przysłali. Cóż, w mojej świadomości internet jeszcze nie istniał, więc sytuacja była bez wyjścia.

Minęło kilka kolejnych lat, w domu zagościł modem neostrady i objawił się tajemniczy a znaczący wpływ książek o Harrym Potterze na moje życie, o którym pisałam ostatnio. Pewnego dnia odkryłam zjawisko fanfiction i zachłysnęłam się nic. Czytelnictwo polegało na skomplikowanym procederze łączenia się z internetem, zapisywania szeregu stron i późniejszego czytania ich offline (wiecie, ile opowiadań można zapisać w ciągu przydzielonej godziny z TP?!). A po jakimś czasie w moim umyśle nastąpiło skojarzenie godnej archmedesowskiej heureki.

To przecież zupełnie to samo!

Janko Muzykant dziarsko ruszający w świat to przecież klasyczne alternative universe. Janko spotykający prusowego Antka to typowy crossover. Ania Shirley odwiedzająca mnie w domu to nieco egotyczne real person fiction (z silnymi elementami marysueizmu). Aż chciało się zakrzynkąć, że wszystko już było.

Ale ta obserwacja miała dalsze konsekwencje aniżeli tylko krzepiące poczucie przynależności i wspólnoty doświadczeń (jak się okazje, niemal wszyscy czytelnicy i widzowie w pewnym momencie przeżywają przemożną potrzebę wzięcia losów bohaterów w swoje ręce). Pojawia się zatem pytanie, gdzie leży granica kwalifikowania tego rodzaju ekspresji odbiorcy do fanfiction. Czyli innymi słowy – co jest, a co nie jest fanfikiem. Wiąże się to nieco z moimi wcześniejszymi rozważaniami o naukowym fangirlowaniu – to nadal to samo pytanie, jaka jest zasada podziału dzieł posiadających swój fandom i nieposiadających go. „Fandom Pana Tadeusza” brzmi dość surrealistycznie, ale co jeśli silnie przeżywałam tę lekturę i pisałam opowiadania parujące Tadeusza z Telimeną? Nie potrafię póki co precyzyjnie odpowiedzieć na te wątpliwości. Na pewno jednak wyjaśnienie istnieje, na pewno ktoś już dawno je sformułował. W końcu wszystko już było.

Continue Reading